Dziennik żołnierski czas zacząć...
AAR | A.C.E 2 | 3.07.2010 [ACPL/PPDJ]















AAR | A.C.E 2 | 3.07.2010 [ACPL/PPDJ]















- Szturm Ćwiczenia - oryginalnie misja była stworzona dla celów treningowych & sprawdzenia umiejętności bojowych rekrutów w żywej walce z ostrą amunicją. Jak się okazało jednak, liczebność oraz celność wroga stoi na takim poziomie, że należy rozpatrzyć wezwanie elitarnych jednostek z wsparciem powietrznym od dowództwa co jest niemożliwe raczej lub - co bardziej prawdopodobne - wysłać prośbę o pojazdy jak HUMMVE z M2 bądź granatnikiem dla dodatkowej siły ognia. Kilkakrotny szturm prawie pełnego oddziału USMC kończył się zniszczeniem przez siły Czedaków. Możliwe, że należy wezwać oddział Brzytwy. Dosyć dygresji... Oddziały Alfa i Bravo zaczęły w prowizorycznym obozie na południe od celu numer jeden - wsi Bor. Po kilku minutach gdy plan został ustalony, wszelkie wątpliwości zgniecione w zarodku a serca pokrzepione nadzieją na zwycięstwo oraz plecaki - przynajmniej mój jako amunicyjnego - wypchane dodatkową amunicją ruszyliśmy na wyznaczoną pozycję przez dowódcę operacji, Czubakę. Nim przejdziemy dalej wspomnę tylko jeszcze, że podejście przedłużyło się ze względu na dziwną, samobójczą śmierć jednego z piechurów & oczekiwanie aż HQ przyśle uzupełnienie. Założenia planu wyglądały następująco: 1) Bravo dobija na wzgórze na lewej flance wioski i próbuje wypatrzeć wroga, 2) Alfa dobija do wioski od południa wzdłuż drogi. Nasza przeprawa [team Bravo] zakończyła się bezproblemowo na wyznaczonej pozycji gdzie na skraju lasu ustawiliśmy perymetr obronny. Oczekując, nagle z prawej, prawdopodobnie z drogi choć pewności nie ma, daję się słyszeć wystrzały z broni maszynowej co przeradza się w regularną kanonadę. Tutaj niestety pamięć mnie zawodzi, ponieważ nie kojarzę czy trochę wcześniej czy zaraz po tym na naszą pozycję w lesie wyskoczył patrol wroga. Nie za wiele się namyślając, wszak zagrożenie było ewidentne & było kwestią sekund nim żołnierz wroga zorientuje się w sytuacji, puściłem kilka serii w nadbiegających. Pozostali również nie próżnowali. Nadal czekamy. Wraz z Moodym kryjemy prawą flankę... czasami też zwracam uwagę aby ludzie nie gromadzili się za blisko. Jeden granat i mogło być po zabawie. Niestety, Maverick, dowódca Bravo nie zdołał się skontaktować z Alfą dlatego też podjął decyzję o dalszym, samotnym [w znaczeniu, bez wsparcia teamu Czubaki] podejściu na Bor. Wychodzimy do przodu powoli, mając oczy dookoła głowy przyglebiamy na drodze i podczołgujemy się do drzew. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze kontakty & kanonadę ognia. Szczerze przez te drzewa g%^$% widziałem, ale jednocześnie służyły za całkiem niezłą osłonę przed wrażym ostrzałem z AK-47 [bądź 74 - whatever]. Dopiero po dłuższej chwili, gdzieś w zabudowaniach widać ruch, ale przy takiej odległości jedynie optyka w stylu ACOGa mogła by pomóc. Kilkadziesiąt wystrzelonych kul dalej - chyba - są pierwsze straty oraz całkiem spore zamieszanie w związku z rannymi. Zginął bodajże Ghost... Wobec tego grzejemy na pozycję wyjściową z lasu podejrzewając, że Czedacy spróbują nas gonić. Zanim dobiegli pierwsi z nich zasugerował Mav'owi aby zaryzykować podejściem z północy po szerokim manewrze flankowania z zachodu, ale ostatecznie - w związku - z minimum dwukrotnym ostrzale na naszych 'plecach' zwyczajnie skierowaliśmy się na drogę gdzie atakowała Alfa a potem, lasem, wyszliśmy gdzieś... konkretnie nie pamiętam. Podczołgując się dalej Bravo już widzi wioskę, technikala oraz chyba jakieś kontakty. Znów spora roślinność przeszkodziła w obserwacji. Nagle jest ostrzał, kule latają mi koło ucha, szybko odwracam się na prawo - kryjąc flankę - i widzę nadbiegający oddział Czedaków [~6 osób]. Właściwie można rzec, że wchodzili nam na pozycję. Niestety, bliskie spotkanie nie zakończyło się z korzyścią dla mnie, bo celne serie z Kałachów podziurawiły mi bebechy. Reszta Bravo po zaciekłej obronie & próbie wycofania się w las - trzeba zaznaczyć, że wróg ich flankował - bodajże skończyła gryząc glebę. Na tym skończyło się to podejście, ale trzeba przyznać, że emocji oraz walki było całkiem sporo.
- Komarovo Chemicals - misja typowa, na godne pożegnanie wieczoru, jak tylko może być. Wredni partyzanci podobno mają broń chemiczną w wiosce. Nasz oddział USMC ma tam wbić, wyrżnąć co się rusza oraz zabezpieczyć teren. O ile zagraliśmy to bardziej na czystą zabawę tak taktycznie nadal spróbowaliśmy podejść to jak na wojsko przystało [jedynie raz, przejście na chama dało efekt skończonej misji, ale pewnie wroga mało było ;P]. Operacja pod dowództwem Echo i egidy Jona... Reszta ludzi z Alfa ma flankować wioskę z zachodu kiedy my w walce ściągniemy na siebie wroga. Niestety, dosyć szybko rozgorzała konanda i kilka minut później gdy sami zaczęliśmy zbliżać się do wsi [Echo: Jon, ja, Maverick, Killerek] nie odpowiadali na wezwania radiowe. Można było przyjąć, że szybko zginęli... My natomiast dzielnie staraliśmy się utrzymać przy czerwonym domku, ale przewaga liczebna oraz ogniowa wroga była przytłaczająca. Zostałem tylko ja z Jonem ostrzeliwując się w każdym możliwym kierunku... Ostatecznie, zostałem sam na polu walki robią slalomy i czując jak serie z KMów śmigają mi koło ucha. Przy okazji przeklinałem na lewo i prawo czekając na koniec. W końcu jakaś seria położyła mnie permanentnie... Tak czy inaczej, było to miłe zakończenie całego wieczoru ;D
- Scraching their heads - zdecydowanie misja całego wieczoru :D Długa, intensywna, cholernie klimatyczna & co ważniejsze zakończona dla mnie pełnym sukcesem. Przechodząc jednak do rzeczy... Wcielając się w elitarny oddział komandosów GROM mieliśmy za zadanie zinfiltrować okupowaną przez siły partyzanckie wyspę, przedostać się do miasta Montignac oraz wyeliminować dwóch, wysokich rangą dowódców. Pierwotnie planowano użyć C-130 do skoku HALO jako środka dostania się na wyspę, lecz na dzień przed otrzymałem informację iż silnik nawalił a spadochrony zawodzą technicznie co mogło by spowodować zagrożenie dla żołnierzy. Ostatecznie postawiono na wariant dotarcia z strefy wodnej & przydzielono oddziałom Alfa oraz Bravo łodzie RHIB. Zaczęliśmy na małej wysepce na południe od Everonu gdzie dopiero po kilku minutach, dzięki zdolności pływackiej jednego z żołnierzy, podprowadzono transport do brzegu i mogliśmy ruszać. Dotarcie do punktu RG odbyło się bez problemów. Wróg nie wystawił wart w okolicy, nie posiadał również własnych motorówek do patrolowania przestrzeni wodnej ani - wtedy - helikopterów do wykrywania ruchów z powietrza. Dowodzenie nad całością operacji objąłem ja mając w Alfie bezpośrednio pod komendą: Nasty'ego, Moody'ego, Jon'a, Ghost'a oraz Maverick'a. Oddział Bravo, pod egidą Czubaki, liczył: Dan'a, Zombie'go, Maćka, Bartka, Nastara oraz GrayFox'a. Gdy dobiliśmy do brzegu, oddziały rozstawiły perymetr obronny. Nastąpiło chwilowo dozbrojenie się magazynkami z łodzi & operacja mogła ruszać dalej. Generalnie plan dojścia polegał na wykorzystaniu kompleksów leśnych przy unikaniu walki z wrogiem oraz obecności w wioskach. Kłopoty zaczęły się na samym początku gdy Bravo dobiło już do skraju lasu w pierwszym waypoincie. Planując poruszać się zaraz za nimi kazałem czym prędzej formować kolumnę i grzać za mną, ale komunikat Jonsa sprawił, że zauważyłem trzyosobowy patrol partyzantów na skraju lasu. Nie mogąc otworzyć ognia nie narażając Bravo na kontrę sił wroga z Morton przeczekaliśmy parę nerwowych minut nim oddali się i Alfa mogła kontynuować marsz. Niestety, element zaskoczenia oraz zamiar cichego podejścia diabli wzięli chwilę potem gdzie na drodze między Le Moule a Morton doszło do zażartej, ale szczęśliwie bez strat wymiany ognia z wrogiem. Zdecydowanie był to jeden z gorętszych momentów w całej misji, bo terkot broni maszynowej nie ustawał... tracery śmigały po niebie aż miło a piechociarze wroga nie próbowali przegapić okazji aby nas oflankować. Strzelanina ściągnęła nawet BRDMa i technikala, które jednak zdecydowanie zostały usunięte z pola walki seriami z M4 lub pociskiem AT. Kilkanaście minut później było dobre, żeby pomyśleć o próbie wyrwania się z tej pozycji, bo dalsze czekanie może skończyć się przybyciem tylko większej ilości wroga. Bravo przeszło swoją stroną, Alfa - własną. Korzystając z chwili gdy żaden z partyzantów nie zakłócał nocy wystrzałami z Kałacha dobiliśmy do drzewek bezpośrednio przy drodze [pewnie misja z kampanii OFP się kłania :=)]. Czym prędzej jednak, wszak teren nie był najszczęśliwszy do potencjalnej obrony, grzejemy do kolejnego kompleksu leśnego ostatecznie zabezpieczając jego skrawek gdzie czekaliśmy do momentu jak Bravo zerwie bądź unieszkodliwi pozostałe kontakty na plecach. Przez jeszcze spory czas towarzyszy nam flary oraz wystrzały z tyłów... Wróg mimo braku odpowiedniego sprzętu do walki w nocy (noktowizja) nie dał łatwo za wygraną. Ludzie pod dowodzeniem Czubaki spisywali się jednak świetnie, bo po takiej wymianie ognia posiadać oddział całkowicie bez strat? Można chylić czoła. U nas ofiar również nie było, ale nie podejrzewam abyśmy byli równie mocno zaangażowani w walkę jak Bravo. Nie czekając na zbiórkę & połączenie oddziałów wydaję rozkaz Bravo o dalszym wymarszu na północ. Gdy ponownie tamtejsza pozycja jest zabezpieczona rusza również i Alfa. Nie pamiętam dokładnie czy właśnie wtedy była jeszcze walka z partyzantami w lesie... raz nawet było bardzo blisko, ale szybka reakcja pozwoliła na dalszy udział w misji wszystkich. Oddziały dobiły, utrzymują pozycję. Mamy kolejne kontakty na pagórku przed nami - błyskawicznie zdjęte. W momencie gdy przedstawiał opis dalszego przeskakiwania do zabawy włączył się gość wagi ciężkiej. Na spotkanie kopnął się BMP-2. Chwila nerwowości gdy Bravo czym prędzej cofa się dalej w las, szykowanie broni p/panc i eksplozje rozświetlają noc. Transporter opancerzony został zmasakrowany. Kiedy główne zagrożenie zostało wyeliminowane Alfa, przy kryciu Bravo, przeskoczyła dalej & właściwie do momentu podejścia do Montignac było spokojnie. Jeśli było inaczej to żołnierze, proszę o poprawkę. Ostatecznie, w momencie zajęcia pozycji przez Bravo na zachodzie miasta tak aby urządzić zasadzkę na możliwe posiłki z zachodu, Alfa rusza do miasta. Tutaj należy się pochwała dla Jona, który zauważył dogodną możliwość, bez aktywności wroga, podejścia do zabudowań. Bezproblemowo je łapiąc rozpoczyna się ostra jazda trwająca właściwie do ucieczki Kamazem. Kolumnę prowadzi Jon wzdłuż południowych - patrząc na mapę - budynków. Kolejny róg, nagle ostry ostrzał i pada nieprzytomny, ale sprawna akcja Ghosta & Nasty'ego odratowała go. Czyścimy dalej, między innymi eliminując schowaną Szyłkę [AT chyba + C4] & dobijając do pierwszego budynku, który sprawdzamy. Błyskawicznie wyczyszczony, ale... biegający na zewnątrz partyzanci nadal stanowili zagrożenie. Widząc, że tłok w korytarzu może źle się skończyć karzę wyłazić od - teoretycznie - bezpiecznej strony. Zdążyłem się rozejrzeć, ujrzeć gościa, szpetnie przekląć i spaść na ziemię. Bodajże Moody również oberwał, ale reszta Alfy zaciągnęła nas z powrotem do budynku gdzie zostaliśmy uleczeni. W międzyczasie coś słyszałem o Bravo wchodzącym do miasta od zachodu... Czyścimy dalej tym razem kryjąc teren z drogi od południa. Chwila nerwów.... skrzyżowanie zabezpieczone. Oddział Bravo z rannym odnajduje się w jednym z budynków - normalnie akcja rodem z Black Hawk Down - & już sam nie wiem jak, ale ktoś dorwał nasze cele. Radość nie trwała długo, bo znajdowaliśmy się w sercu wrogiego terytorium mając na ogonie teraz całą, wkurzoną partyzancką armię więc dobrym pomysłem była natychmiastowa ewakuacja. Nie tracąc ani chwili i licząc na to, że latający gdzieś w powietrzu helikopter [to na pewno była helka?] nas nie rozwali, z Maćko za kierownicą, Kamaz daje ile fabryka dała na południe a potem ścinając do lasu. Tam porzucamy pojazd i dalej, ile sił w płucach, grzejemy z buta czując na plecach oddech kolejnego BMP. O mały włos nie stałbym się jego ofiarą, bo odrobinę zaspałem patrząc na mapę & gdy odwróciłem się dla sprawdzenia tyłów już widziałem wzbity kurz. Szczęśliwie, ledwo dychając, połączyłem się z innymi. Z dobrymi humorami, ale nie znikającą czujnością, bezpiecznie, dotrwaliśmy do punktu RG. Pakujemy się na łodzie & jak najszybciej zasuwamy od tej dziury piekielnej. Na koniec jeszcze widok latarni morskiej, którego nie spodziewałem się ujrzeć [;P] & misja została absolutnie wykonana. Nie wiem do końca jakie były naprawdę straty [w grze coś się pokiełbasiło], ale uznaję operację za sukces totalny. Brawa oraz medal dla wszystkich, bo każdy dołożył cegiełkę - większą bądź mniejszą - w sukces operacji. Ja tam o swoim dowodzeniu wypowiadać się nie będę, bo wyjdzie, że Narcyz jestem ;P Inne opinie/AAR chętnie poczytam. Tyle. Elitarna grupa zabijaków wróciła do domu w genialnych nastrojach po 3,5 godziny. Warto było.
Ostatnio edytowano N 04 lip, 2010 17:26 przez Black Shadow, łącznie edytowano 1 raz















































































