Teraz jest Śr 28 cze, 2017 20:54


Wrażenia z pola bitwy - AAR

  • Autor
  • Wiadomość
Offline
Avatar użytkownika

Jon

Generał

Generał

  • Posty: 10639
  • Dołączył(a): Wt 20 lip, 2004 00:43
  • Lokalizacja: Kraków

Wrażenia z pola bitwy - AAR

PostPn 10 maja, 2010 11:08

No to startujemy...

Ktoś niedawno napisał(a):Ostatni wieczór był całkiem udany.

Mimo nowych wcieleń zGuby. Mimo Lukasa łamiącego rozkazy. Mimo tego, że Blackhawk nie przyleciał, a AA truck uciekł.

Pierwsza misja była "po prostu ok". Następne zaś...


...mimo licznych KIA były super. Jatka jak w Serious Sam, akcji\e jak w CoD, a i to wszystko niepozbawione sensu czy klimatu - wręcz przeciwnie. Nie wiem jak to wyglądało od strony Bravo w misji z fabryką (20 mm is a beach), ale zaryzykuję stwierdzenie że Alfa zabawę miała przednią - pomijam biednego Greyfoxa który spadł z kondygnacji i Czubakę którego nieszczęśliwie zdjęło Bravo :P - dynamika walki na tak krótki dystans pompuje masę adrenaliny.

W kolejnej misji było podobnie z tą różnicą, że (za wcześnie) zauważyły nas jakieś niezidentyfikowane siły podczas podejścia pod cel i zaczął się chaos. Kule fruwające wszędzie, liczne KIA, beznadziejna pozycja, jakiś chaotyczny zaporowy, wróg wbiegający między nas - było ostro. Niemniej po pierwszym "szoku" (mimo że dowódca krzyczał "ruszać się", "do przodu", itd kilka osób zaległo i zginęło - to właśnie najlepszy trening manewru oderwanie... to on uratował nam tyłki) część ekipy pokazała co to znaczy agresja i przebiła się przez wlewającego się na nas wroga do obory, skąd udało nam się wyciąć większość wroga. Reszta misji była już na dobrą sprawę nudna, mimo czedaka próbującego ukraść nam ciężarówkę :)

W tak rozegranych misjach nawet nie smutno było polec (w moim przypadku misja z fabryką)

Ogólnie bawiłem się świetnie i wybicie się z okrążenia w misji z AA truckami (i późniejsze trzymanie obory) uważam nie tylko za niemały sukces, ale i jedną z najbardziej "kozackich" i klimatycznych akcji w historii ACPL w ogóle.

Czy były jakieś zgrzyty? Często szwankuje komunikacja z niektórymi. Poza tym nawet pierwotne poczucie "rozprężenia" ekipy później jakoś ustąpiło. I było fajnie :)
Ostatnio edytowano Pn 10 maja, 2010 13:35 przez Jon, łącznie edytowano 1 raz
http://www.pajacyk.pl

“Politics is supposed to be the second oldest profession. I have come to realize that it bears a very close resemblance to the first.”
~ Ronald Reagan
Offline
Avatar użytkownika

Jon

Generał

Generał

  • Posty: 10639
  • Dołączył(a): Wt 20 lip, 2004 00:43
  • Lokalizacja: Kraków

PostPn 10 maja, 2010 13:29

A teraz czas na ostatni weekend, podczas którego mocno wspierała nas ekipa A2C.


Sobota
Reszta wieczoru była mocno nijaka - główną atrakcją wieczoru bez cienia wątpliwości było "Czyste Cięcie" Maćka.

Alfa - CSC, Bravo - A2C, Charlie - CSC

Po długiej i barwnej odprawie ruszyliśmy. Po dozbrojeniu się ekipa Bravo wraz ze wsparciem LAV-25 ruszyła na południe, zabezpieczyć drogę i zjazd w stronę lotniska, podczas gdy Alfa miało dokonać "zwiadu", który ostatecznie zakończył się natychmiastowym odwrotem (zmasowany ogień AGS-30 i conajmniej 10 kałachów to bardzo silny argument) i obroną "naszego" wzgórza. Po uzupełnieniu zapasów Alfa urwała się ze wzgórza w stronę Bravo. Po przegrupowaniu w okolicy rozjazdu drogowego, Alfa ruszyła drogą bezpośrednio na koniec płyty lotniska podczas gdy zadaniem Bravo oraz LAV-25 (nazwa kodowa Charlie) było oflankowanie pasa i uderzenie na budynek wieży kontrolnej i otaczające ją budynki. Bravo trafia na kontakty, wdaje się w strzelaninę. Charlie obrywa. Alfa w połowie drogi dostrzega stojącego daleko BTR-80, Nastar likwiduje go z wyrzutni Javelin (patrz: [url]screeny[/url]), każę wycofać się ekipie Bravo. W momencie połączenia grup wjeżdżają na nas czołgi - raz kolejny nasi operatorzy AT pokazują klasę i po chwili oba T-72 dymią. Wraz z czołgami uderzył mały oddział piechoty, próbujący flankować na wschód - nie udało im się. Mimo 2ch KIA w Bravo ruszamy dalej - Bravo wedle pierwotnego planu, Alfa na wprost zaryglować ogniem pas lotniska. I tutaj następuje największa i najdłuższa strzelanina wieczoru, bardzo zajadła (Alfa 3 rannych, wróg ~15 KIA) - nie pamiętam niestety co wtedy robiło Bravo, niemniej wobec silnego oporu wroga każę się wycofać. Wzorowy, ubezpieczony odwrót doprowadził nas obejściem (tą samą drogą którą trafiliśmy do rozjazdu pierwotnie) do miejsca "startu". I na tym można powiedzieć że misja się zakończyła (umiarkowanym sukcesem - zadań do końca nie wykonaliśmy).

Dlaczego? "przypadkowy wystrzał" kolegi zwabił nie piechotę, jak podejrzewałem... ale naprowadził na nas KOLEJNE POJAZDY WROGA. Tutaj ogromny, choć banalny błąd chłopaków - stłoczyli się... w momencie gdy do nich podbiegłem porozmawiać BTR-80 otworzył ogień z granatnika. 3 zabitych (1 z Bravo), 2ch nieprzytomnych - w tym ja. Chłopaki ratowali ważniejszego (CO), niestety Ghost się w tym czasie wykrwawił... fair enough - wiesz kto sprowokował to zamieszanie ;-)

Nie pamiętam czy zaatakowała nas jeszcze jakaś piechota.

Potem była próba odnalezienia wojsk sprzymierzonych, które jak się okazało - niestety - przemieściły się podczas gdy nasz pot wsiąkał we wzgórze Olsza oraz Junction na południe od lotniska. Przegrupowaliśmy się na pustym już lotnisku - przeżyła połowa, na dodatek w dosyć kiepskim stanie - chłopaki 3krotnie cucili mnie adrenaliną (omdlenia podczas marszu, puszczał opatrunek), musiałem też zostawić połowę sprzętu. Kilku innych również nie czuło się dobrze... brak wsparcia, medykamentów, inicjatywy oraz siły ludzkiej sprawił, że szanse ukończenia zadania zmalały niemal do zera. Okopaliśmy się na lotnisku i czekaliśmy na posiłki. Dla nas to był już koniec operacji.


Niedziela
Tutaj już były 2 warte podkreślenia operacje (pomijam te z godzin nie-wieczornych, zwłaszcza że wybitnie nie było)

Night Sweep (by Ghost)
Misja pod dowództwem Darka. 3 oddziały Force Recon mają za zadanie zabić rosyjskiego dowódcę, wysadzić generatory i wyeliminować wrogi obóz.

Składy mieszane.

W krótko po lądowaniu zamieszanie w LZ - podczas biegu do lasu ktoś otworzył ogień do wroga. Zaczyna się strzelanina, wróg ściąga posiłki z Pułkowa.

Część Alfy (SI) zostaje i próbuje odciągnąć wroga od reszty oddziału (reszta Alfy, pełne Bravo i Charlie), który z kolei stara się oderwać z gorącego rejonu strefy lądowania i dotrzeć w okolice miejsca spotkania ruskiej szychy z lokalnym szefem komunistów. Po długim marszu (wróg w pewnym momencie nawet nas dogonił - jednak długo nie poszarżował - niezłego masz cela Pietia ;-) ) dotarliśmy do wzgórza, na którym znajdować ma się cel. Las, przegrupowanie i... kolejny przypadkowy strzał.


Od tego momentu stopniowo zaczęło nakręcać się piekiełko. Najpierw piechota, potem pojazdy, na koniec śmigłowiec... i oczywiście więcej piechoty i pojazdów. To był koniec.

Okrążenie, chaos, eksterminacja.

MODT 1 Alfa (by Jon)
"Military Operations in Desert Terrain". Pierwsze trzy podejścia do misji skończyły się szybko i bardzo źle - zazwyczaj utrata ponad 50 % stanu osobowego ekipy. Błędne założenia, bałagan, błędy jednostek, czasem nawet zwykły pech dały nam bardzo ciężką lekcję.

Mimo późnej godziny i mniejszej frekwencji (zostało nas 10, prawie samo CSC), postanowiliśmy podejść do misji jeszcze raz. Po raz drugi zostałem dowódcą.

Po ostatniej wpadce ze Strykerem zdecydowałem, że tym razem to ja będę prowadzić.


Start. Przezbrojenie, po czym szybki wjazd do dolnej części "Qom-IslaPete" w Strykerze, pod ciężkim ogniem, włączając w to pociski granatników RPG eksplodujące na "siatce" pojazdu (system SLAT). Całość ekipy opuszcza pojazd i powoli rozwija się wzdłuż muru, by po chwili ruszyć na kolejną ulicę.

2 magazynki później rogatki miasta "zabezpieczone", choć 10 metrów dalej jest zgraja rozjuszonych mudżahedinów.

Rozkazuję Bravo przemieścić się na północ i zabezpieczyć tamtą część miasta, ryglując ogniem główną ulicę oraz wzgórze - najbardziej niebezpieczną flankę - podczas gdy Alfa trzymać będzie rozejście dróg na zachodzie miasta, w tym ulicę przecinającą w poprzek.

Kilkanaście magazynków pozwoliło zająć (Bravo) i utrzymać (Alfa) pożądane pozycje. Ogień krzyżowy położył ponad 30 przeciwników, resztę wybiliśmy (strzelając czasem niemal z przyłożenia) w alejkach. Dolna część miasta oczyszczona, 1/3 zadania wykonana przy 1 KIA. Świetna robota panowie!

Niestety, z górą poszło gorzej. Po wbiciu się Strykerem między budynki, piechota wysypała się i zaczęła zabezpieczać pozycje - niestety podczas próby zabezpieczenia flanki dostałem w czerep od AI strzelającego przez trawę (wk...ące). Ekipa Czu mnie pomściła, niestety w krótko po tym poznali smak ołowiu o kalibrze 20 mm.

Po śmierci mojej oraz grupy Bravo zapanował chaos. Na tym można w gruncie rzeczy zakończyć sprawozdanie, bo gdyby nie godzina wycofalibyśmy się i zakończyli misję... niemniej chłopaki jeszcze sobie chwilę postrzelali ;-)



Wielkie dzięki dla Czubaki za poprowadzenie Bravo - pokazaliście chłopaki "how it should be done". Zabezpieczenie pierwszej części miasta zostało przeprowadzone bardzo profesjonalnie i agresywnie - tak jak właśnie być powinno. Hooah!

Z rzeczy mniej przyjemnych - wczoraj miałem też 4 crashe TS'a. Ot, zalety nowej wersji plugina ;) Podobnież, przypadki misji "Czyste Cięcie" oraz "Night Sweep" ukazują jak bardzo źle może skończyć się przypadkowy wystrzał. Jak i sensowność starej mantry, "nie stawać na 1 granat" (CC, MODT1) czy nacisk na agresywność manewrów (Night Sweep)...


Do następnego! :spoko:
http://www.pajacyk.pl

“Politics is supposed to be the second oldest profession. I have come to realize that it bears a very close resemblance to the first.”
~ Ronald Reagan
Offline
Avatar użytkownika

Dread

Porucznik

Porucznik

  • Posty: 468
  • Dołączył(a): Cz 21 sty, 2010 21:47
  • Lokalizacja: San Antonio

PostN 23 maja, 2010 15:41

Sobota 22 "Prison Break"
Hmmm niby mam tu coś napisać...

Obudziłem się z potwornym bólem głowy.Szukając w czeluściach zwojów mózgowych informacji (co ja tu robię i kim jestem) starałem przekręcić się na lewy bok.Reka moja trafiła na obyły kształt - potrząsłem - zachlupotało(dobra nasza-pomyślałem chowając flaszkę do kieszeni).Z pod półprzymkniętych powiek zauważyłem wielki posępny kształt ruin zamku.- O Cholera-pomyślałem.
Z mojej zadumy wyrwało mnie szczekniecie radia:"Bravo tu Alfa zgłoś się"."Bravo nawijaj" wychrypiałem do interkomu.Szybkim ruchem rozejrzałem się po okolicy, nic mi nie przypominało pokoju w jakim wczoraj z chłopakami wspieraliśmy państwowy przemysł alkoholowy.
Po długim monologu w jakim Kapitan Jon starał się mojej skromnej osobie streścić plan sytuacyjny dowiedziałem się ze zostaliśmy przetransportowani na Everon w celu odnalezienia 2 maruderów którzy wybrali się na patrol dzień wcześniej.
"Pieprzeni turyści"- mruknąłem a już na całe gardło warknąłem: "Kapral Nastar do mnie!!!"
Otrzepałem mundurek, podrapałem się po 2 dniowej szczecinie i już bardziej trzeźwo ogarnąłem sytuacje...
Kapral Nastar zważając okoliczności dość rączo pokuśtykał w moim kierunku(z niesmakiem za zauważyłem ze nie ma kaca("poczekaj już ja cie załatwię"-pomyślałem).
"Kapralu Nastar zostajecie oddelegowani jako mój osobisty RTO"- uśmiechnąłem się złośliwie rzucając 20 kg radio.
Przez ramie ryknąłem"Wstawać psubraty 30 sec. do wymarszu".
Podzieliłem chłopaków na dwójki i już mieliśmy się zbierać.
Radio zaszczekało.....

Reszta drogi spłynęła nam na powolnym truchcie,postoju znowu truchcie i tak w kółko aż osiągnęliśmy punkt zborny z Alpha.
Korzystając z postoju sięgnąłem po schowaną flaszeczkę nim ją odkorkowałem nadszedł komunikat:"Bravo tu Alpha przed nami umocnione pozycje nieprzyjaciela...."
Odstawiłem flaszkę i wyznaczyłem Miska, Algraba i Wiktora jako sekcje rozpoznania spróbowali obejść bunkier.Sam powolnym ruchem pociągnąłem łyk z butelki i z reszta oddziału dziarsko ruszyłem zboczem za Miśkiem.
W miedzy czasie zagrało radio:Jon jak na dowódcę przystało próbował przekazać mi plan ataku na obóz jaki rozpoznali jego chłopcy aby skoordynować zadania.Pomimo jego wysiłków w połowie jego wywodu większość z tego co do mnie mówił już nie pamiętałem.Suszyło mnie,głowa mi ciężko spoczywała na szyi a pasek od hełmu wbijał mi się nieprzyjemnie w szyje.
Nim jednak osiągnęliśmy upragniony punkt jeden z moich dzielnych chłopców zauważył kontratak wroga na nasze pozycje.Misiek z uśmiechem zapytał:"Pruć?"Skinąłem lekko głową nadając przez radio:"Alpha tu Bravo w moim kierunku naciera piechota...".Nim mi dane było dokończyć odezwały się karabiny kolegów z oddziału.
Nagle z gwizdem przez niebo przeleciał pocisk rozbijając się dość blisko mojej pozycji.To moździerze wroga zaczęły nas "macać" wśród drzew.Uderzył następny bliżej obsypując moja zakuta głowę drobinami ziemi.Zareagowałem odruchowo:"Odskakujemy-szybkie spojrzenie na kompas na północ!Biegiem!!!"
Już biegnąc dotknąłem przetacznika radia:"Alpha tu Bravo wycofujemy się na północ jesteśmy pod silnym ostrzałem artylerii".Nie czekając na odpowiedz schowałem bohaterstwo w kieszeń i przebierałem nogami ile wlezie.
"Alpha tu Bravo nie zezwalam!!!Macie utrzymać pozycje!"(przypomniałem sobie ten film z Hitlerem jak wydzierał się z pasja na swoich podwładnych).Rozejrzałem się zwalniając trochę.
"Wszyscy stop, obrona okrężna!Wiktor bierz Algraba i flankujemy od północy."-rozejrzałem się za moim osobistym ochroniarzem-"Nastar, Maverik zostajecie lekko z tyłu będziecie nas osłaniać."
Okazało się że niedaleko nas 300m znajduje się północne wejście do obozu.Odezwały się strzały to snajperzy z drugiego oddziału likwidowali wyznaczone cele.
Moi dzielni chłopaki już szturmowali bramę a za nimi ja ze swoja ułańską fantazja.Strzał zza worków z piaskiem wyjrzała głowa - dostał.

I to na tyle.
Misja świetnie zrealizowana pod względem dowodzenia(Jon) i technicznie-świetny klimat te patrole które wyszły nam na plecy w lesie gdzie oberwała nasza oddziałowa pielegniareczka Ghost miód cud i orzeszki jak zwykłem mawiać.
Małe ale technicznie miałem lagi małe bo małe ale były i ktoś(Misiek)zgłaszali podobnie parę razów pojawiało się niezłe desynchro - prawdopodobnie spowodowane pluginem do ts,
i prośba moja osobista aby nie wybierać mnie na dowodzącego kiedy nieczuje się na silach :PPPP .Mogło zakończyć się niezła katastrofa aczkolwiek koledzy trafili mi się na tyle obeznali że potrafili wyprostować moje małe potknięcia.
Odmeldowuje się!
Dread
Ostatnio edytowano Cz 01 sty, 1970 02:00 przez Dread, łącznie edytowano 1 raz
"An army is a team. It lives, eats, sleeps, fights as a team.This individuality stuff is a bunch of bullshit."- General George Patton
Offline
Avatar użytkownika

Jager

Major

Major

  • Posty: 602
  • Dołączył(a): Wt 29 gru, 2009 17:28
  • Lokalizacja: Twilight Zone

PostSo 19 cze, 2010 23:51

no to sobie rzec można pograłem. Liczba rozgrywek w armę które z powodów technicznych kompletnie się nie udają jest jak dla mnie powyżej mojego poziomu cierpliwości. Na tym etapie płytka z grą leci na dno szafki dopóki ta gra nie zacznie stabilnie funkcjonować.
CAtery razy robiłem updatera dzis żeby być pewnym że jest ok. Ba! nawet przecież grałem już jakis czas i było ok ale... po prostu wyj*bało mnie z gry w którymś tam kolejnym podejściu do "Dżoint Opsa" jakobym rzekomo miał wersję kompetnie odeminną od tej na serwie.

Zachowanie uczestników
Niewątpliwie taka rozgrywka to wyzwanie i niektórzy już na etapie odprawy mu nie sprostali. Pogaduchy , stawianie idiotycznych znaczników i to tuż po słowach "proszę o nie ustawianie znaczników" - trudno. Ja rozumiem że są ludzie którzy nie usiedza na tzw dupie sekundy bo ich nosi ale jakkolwiek w wiekszości rozgrywek nie jestesmy przecież aż tak surowi - ta miała mieć charakter szczególny bo ponad 30 osób chciało się bawić. Czy to jest tak trudno zrozumieć że swoim zachowaniem psuje zabawę innym? Wychwyciłem szereg kąsliwych uwag pt : ale burdel itp. Uwagi te wypowiadają najczęsciej osoby którym się buzia nie zamyka. Mówi się że milczenie jest złotem i to prawda. Ja się czułem jak na targu wśród przekup w pewnym momencie. Nawet na radiu cięzko było gadać z SL-ami bo ich ludzie non staop gadając na yel modzie zagłuszali nawet silniki samochodów.
Panowie - chcecie się bawić w wirtualne wojsko a elementarnych zasad nie potraficie ogarnąc - jak można uczyć kogoś strzelania jak ten ktoś sie skupić na 2 minuty nie może na tym żeby zamknąć jadaczkę? Mam stanąc koło pojazdu i czekać? To staje i czekam. I nie napi***lam non stop w to radio względnie tym yel modem tylko zamykam sie i czekam. Jak wolno tj dow. zezwolił to najwyżej czat wchodzi w grę. Bo o czym niby mam gadać? że nie dali zatyczek czy okularów czy papierosów? Nie wiem - ja tego nie rozumiem - jakoś w OFP jak grywaliśmy to tego nie było a bywało tez po 20 osób i to na teesie na kanałach bez żadnego radia i wodotrysków.
Żeby nie było że komuś tu niesłusznie ubliżam. To nie jest uwaga rzucona w całość tylko do poszczególnych osobników a oni niech się zastanawią juz sami. Moze to nie jest zabawa dla nich?

Co do scenariusza i misji
Pomysł super ale wykonanie legło niestety. Ilość problemów technicznych i błędów była masakrująca. Ponieważ już dla niektórych z Was organizowałem kampanię wprawdzie pod WGLa ale w końcu była to potężna misja to mam nieco doświadczenia. Tego się nie przerabia na dwie n\minuty przed grą tylko wszystko musi być dograne wcześniej i sprawdzone dokładnie bo potem jak widzicie wychodzi jak wychodzi. Ja nad planem i przydziałami , trasą posiedziałem nad mapą dziś przez dwie godziny. Po to żeby reszta miała fun bo taka moja rola.WO dostałem w ostatniej chwili , mapki podobnie. Troche tio zbyt chaotyczne.

Co do samej gry
No dużo nie pograłem ale :
1.W woju obowiązuje droga służbowa. FT nie meldują bez pytania do CO tylko do swoich SL - u nas w grze wio - kto chce ten gada.Nie dziwię się że Mic się wkurzył.Nieprzestrzeganie drogi służbowej jest poważnym przewinieniem.

2.W woju nie ma samowolki - jesli były rozkazy ile i jakie pojazdy masz brać to dokładnie te pojazdy i w takiej ilości masz wziąść i tyle. Tutaj nie : najpierw bierzecie nie swoje HMMV , potem zamiast dwóch bierzecie trzy - nawet nie pytając CO czy jest zgoda. Po czym słyszę jak ktoś tam mądrze doradza swemu SL (bo zapytałem skąd trzy auta) " nie gadaj jedź przecież jak wzięliśmy to nie będziemy oddawać" - no piękna postawa taka rzekłbym punkowa. To juz nie ważne czy to o te auta idzie czy nie ale takie zdanie ujawnia jakiś tam ogólnie stosunek do rozkazów i wyzaczonego planu i celów. Jak nie umiesz pobrać sprzętu który ci przeznaczono to jak można oczekiwać że wogóle zrobisz to co ci rozkazano? Jesli jest jakiś tam plan zrobiony marszu kolumny to trzeba sobie zdać sprawę z tego że ta samowolka to burdel może wprowadzić - no i wprowadziła bo snajperzy sie rozdzielili i jechali nie tam gdzie powinni być sugerując sie charakterystycznym pojazdem.

3. Nie bez powodu prosiłem o powolną jazdę i trzymanie odstepów między pojazdami.
ALFA zbagatelizowała sprawę i przyszło za to drogo zapłacić. Ma to jakis związek z tym co wyżej napisałem? Rozpoznanie to nie jest jazda na dwójce przed siebie. Czasem trzeba wyjść z wozu popchnąć czujkę z buta naprzód. Niemniej shit happens i trudno się mówi byle robić na przyszłość lepiej :)

Dobra koniec gorzkich żali.
Podsumowując powiem tak : Jon mówił a zróbmy to dobrze profesjonalnie itd. Panowie nie zrobimy tego ani dobrze ani profesjonalnie anio nawet dostatecznie też nie bo brak jest podstawowej cechy żeby mówić o realiźmie - samodyscyplinie graczy. Nie jesteśmy na kompanii nikt nikogo nie opi***oli przed frontem 100 osób tak że człowiek się zrówna z poziomem podłogi - można tylko liczyć że każdy zadba sam o to żeby przynajmniej te podstawowe rzeczy porządkowe działały. A one nie działają.
Ostatnio edytowano Cz 01 sty, 1970 02:00 przez Jager, łącznie edytowano 3 razy
Offline
Avatar użytkownika

Jon

Generał

Generał

  • Posty: 10639
  • Dołączył(a): Wt 20 lip, 2004 00:43
  • Lokalizacja: Kraków

PostN 20 cze, 2010 09:48

To teraz odemnie.


Jeśli idzie o organizację, misję - moja wina 100 %, co zresztą już powiedziałem.

Niemniej tutaj dochodzimy do momentu gdy ze znaczną obsuwą startujemy i... zonk. To co opisał Jager w "Zachowanie Uczestników" bardzo dobrze określa moje WTF gdy obserwowałem ludzi ganiających bez sensu w okół namiotów i krzyczących "Ojej, ojej, nie mam stoperów!" - zresztą na co zwróciłem uwagę zaraz po resie. I tutaj sorry dla Krisa - głos Twój i Danickasa czy kogośtam brzmi dla mnie podobnie, stąd i moja pomyłka. I co do samych stoperów... były ;] tylko tutaj też trzeba słuchać co inni mówią. Było mówione, że stopery\gogle przez "self interaction menu" ACE'a? Było. Ze 3 razy. Ale kto by chciał słuchać...

Co do planu miałem tylko 1 uwagę - niepotrzebnie plan roździelenia Charlie, co i wpłynęło na reakcję SL'a. Nie po to gramy "Platoon Ops" by grać jak w misję 16 osób, gdzie 1 FireTeam jest podstawą jednostką taktyczną. Właśnie o to tu m.in. chodzi - tutaj to już DRUŻYNA się liczy, nie pojedyńcze fireteamy. Dlatego pomysł ów w mojej ocenie był zły i tyle.

Pierwsze podejście - zdarza się. Pojazdy w A2 stanowią cholernie duże zagrożenie i to się tutaj boleśnie potwierdziło.

Drugie podejście - moje niedopatrzenie jako tego, który tę misję poprawiał - bajer z oryginału by Radek, czyli radio pozwalające zakończyć misję. Wtopa, ale i głupota kogoś, kto to 0-0-1 wcisnął. Przypadek? Ta jasne, kot na klawiaturze -.-

Trzecie i finalnie podejście - wielkie, techniczne - WTF. Kilka osób poleciało z serwera niecały kilometr od bazy, włączając w to CO. Mimo kilku(nastu?) prób wejścia na serwer crashe (?) występowały dalej i straciliśmy na dobre CO i obserwatora - nie jestem pewien co do dow. dr. Charlie (czy w końcu go zjadło, czy nie). Od tego momentu downhill się zaczął.

Ruszamy do punktu Mixie. Ja jeszcze lekko zagubiony w porządku kolumny, psychicznie niegotowy na to co się stało i stać tym bardziej miało. Bravo wjeżdża na skrzyżowanie, padają strzały. Charlie chyba jest za nimi (sądząc po filmiku Darka).

M2 zaczynają koncert. Granatnik. Z naszej pozycji brzmiało to jak koncert kapeli metalowej - nie no, myślę sobie, jatka na całego. Tylko czy nasi wroga masakrują, czy też właśnie tracimy inicjatywę i podpisujemy się pod listami do rodzin?

Średnio już pamiętam szczegóły, ciężko mi się było porozumieć z Bravo, straciłem też orientację gdzie było Charlie. Z racji że Bravo melduje, że wycofać się nie mogą, posyłam Weapons Team Charlie na skrzyżowanie by im to umożliwić. Jeszcze "cięższy" koncert. I tak stoję przy tych furach z alfą i się dalej zastanawiam - taka ściana ognia, a oni dalej tam siedzą?

Bravo z niezrozumiałych mi powodów zaległo na bardzo złej pozycji. Gdy moje rozkazy nie spotkały się z odzewem kazałem wycofać się Charlie. W chwilę potem zaczęła postępywać stopniowa eksterminacja dr. Bravo, a na ustawioną do osłony Alfę i powracające Charlie wyjechał BRDM ze wsparciem piechoty. Gdzieś w tych "okolicach" plasuje się smutny moment, gdy jeden ze strzelców źle zidentyfikował krzaczek i rozwalił nam biednego Duku, który podchodził by was wspomóc. Nie miał też ze mną łączności, bo jak się okazało z jakiegoś powodu nie przestawiła mi się PMR'ka.

Szacun dla Alfa i Charlie. Po prostu miło było patrzeć jak ich masakrujecie :)

Wkrótce potem, w wyniku całkowitej eksterminacji Bravo, niejasnej sytuacji i jakiejś lipy komunikacyjnej w\z Charlie - zarządziłem odwrót do bazy.

W tym miejscu pragnę zadedykować tamten wieczór prawom Murphy'ego i nadszarpniętym ich działaniem nerwom ludzi mniej cierpliwych, a jeszcze bardziej tym, którzy wytrwali i cierpieli w milczeniu. To się nazywa klasa :) No ale czy było jedynie źle?

Na szczęście nie.

Od momentu wspomnianego odwrotu do bazy (ucieczka z miejsca wypadku, przezbrojenie, przegrupowanie, kompletna zmiana planu) mi, i chyba nie tylko mi - grało się naprawdę nieźle. Nareszcie zapanował porządek, spokój i nareszcie nie było kwasów komunikacyjnych. Jednak - było nas "zaledwie" 15. Rezygnujemy? A w życiu. Nie po to tyle czekaliśmy :twisted:

W te 15 osób udaliśmy się do Szachowki gdzie nastąpiła bogata wymiana ognia z wrogiem, który ustąpił wobec zmasowanego ognia M2 i broni ręcznej - szkoda że nie ma filmiku. Potem po przeprowadzeniu rozpoznania, zrobiliśmy wymarsz w kierunku Gugłowa. Wedle rozkazów, Alfa ruszyła lasem, Charlie wsparte dr. dowodzenia ruszyło wzdłuż drogi.

Strzelanina. Pierwsza na wroga wpadła Alfa, Charlie niestety w krótko po zajęciu pozycji poniosło straty w wyniku... no właśnie, czego? Bo wróg nie powinien nas ani tak szybko zauważyć, ani skrzywdzić. Dużo tutaj chyba zepsuł Wodnik z dwoma PeKasiami - Charlie go nie widziało co nie przeszkadzało mu siekać z absurdalną wręcz celnością przez krzaki. Tak czy siak, w tym momencie nastąpiła heroiczna obrona resztek Charlie (+ PLT HQ) pozycji by dać Alfie szanse wycofania się. Udało się - Alfa mimo strat dała radę się oderwać podczas gdy wróg skupił swój gniew i ogień na nas. Efekt - medyk miał pełne ręce roboty, podczas gdy ja i Zombie usuwaliśmy kolejne zagrożenia. Wobec pogarszającej się sytuacji zarządziłem odwrót. Dym. Wychylam się by rzucić drugi i... dostaję kulę prosto w łeb. Dla mnie to koniec rozgrywki.

Alfa oraz resztki Charlie\HQ (Zombie & Black?) uciekły, nie jestem pewien czy próbowali potem nawet połączyć siły. Wobec bezsensu dalszej walki (duża ilość wroga, mała liczba sił sprzymierzonych) i faktu, że ~10 os. czekało bezowocnie jako kruki poprosiłem o resa. Wobec małego nieporozumienia i braku odpowiedzi żywych, nastąpił res.

W tym momencie odpalone zostało Komarowo Chemicals (by Jon) podczas którego jak słyszałem bawiliście się naprawdę nieźle (bardzo mnie to cieszy) mimo że zdecydowaliście się bronić zaraz na pozycji startowej ;) co przypłaciłem raną postrzałową w czasie AFK.

Było fajnie, odstresowalim się i po zakończeniu misji można było iść spać, już z trochę bardziej czystym sumieniem.

Jako uzupełnienie, o (prosty) raport z JO proszę żołnierzy:
- Darek (Bravo)
- Patryk (Charlie - z nim miałem najwięcej kontaktu z tej grupy)


Dziękuję bardzo za obecność, cierpliwość i grę.
http://www.pajacyk.pl

“Politics is supposed to be the second oldest profession. I have come to realize that it bears a very close resemblance to the first.”
~ Ronald Reagan
Offline

rad

Porucznik

Porucznik

  • Posty: 382
  • Dołączył(a): So 03 paź, 2009 18:56

PostN 20 cze, 2010 10:56

Jon napisał(a):To co opisał Jager w "Zachowanie Uczestników" bardzo dobrze określa moje WTF gdy obserwowałem ludzi ganiających bez sensu

Zgadzam sie w 100%. Pojawil sie spory brak samodyscypliny u co poniektorych graczy. Podejrzewam, ze dolozyl sie to tego brak doswiadczenia dowodcow, ktorzy powinni takich krzykaczy na miejscu wgniesc w ziemie. Dyscyplina przede wszystkim - w trakcie organizacji w bazie nikt nie powinien sie nawet ruszyc bez rozkazu. Baza to nie pole walki, gdzie wrog moze czyhac na nasz blad. Nie trzeba w bazie obstawiac swoich sektorow, sprawdzac okolicznego lasu itd. W bazie oddzial sie organizuje, a wszelkie nadmiarowe ruchy, krzyki tylko utrudniaja sprawe dowodzacym.

Chcialbym tez wspomniec o drodze sluzbowej - i nie o samo raportowanie mi chodzi. W trakcie rozgrywki zaobserwowalem, ze moi ludzie (no offense, nie chodzi mi o konkretne osoby) slyszac polecenia dow. druzyny zaczynaja je wykonywac od razu, bez oczekiwania na jakiekolwiek rozkazy z mojej strony. Takie rzeczy nie powinny miec miejsca, obowiazuje lancuch dowodzenia. O ile dowodca nie zwroci sie bezposrednio do zolnierza, pozostaje on w dyspozycji swojego bezposredniego przelozonego. Przelozony ten oczywiscie musi wykonywac rozkazy d-cy wyzszego szczebla najlepiej jak umie - tutaj wyjatkow zadnych nie ma.

Rozdzielenie druzyny Charlie na FT i mnie sie nie spodobalo. W rzeczywistosci na druzyne USMC skladaja sie trzy sekcje. U nas ze wzgledow oczywistych sekcje sa tylko dwie. W takim przypadku rozdzielenie druzyny juz na etapie briefingu praktycznie oznacza jej usmiercenie. Oczywiscie moze zdarzyc sie sytuacja, ze konieczne bedzie rozdzielenie druzyny. Nalezaloby jednak takich sytuacji unikac, badz tez ograniczac okresy rozdzielenia do niezbednego minumum. Pragne jeszcze tylko wspomniec, ze decyzja ta w moim odczuciu nie wplynela na niska jakosc rozgrywki. W skali opisywanych wczesniej problemow byla to tylko niewielka gafa.

Na koniec chcialbym wtracic pare slow nt pluginu. W mojej ocenie sprawowal sie niezle. Wystapilo kilka drobnych zgrzytow, jednak nie warto ich tu przytaczac. Dlatego nie rozumiem, dlaczego uwazacie, ze plugin nie wyrabia? Z mojej strony sugerowalbym tez uzycie "normal talking mode", gdy kilka pododdzialow skoncentrowanych jest na malym obszarze np. w bazie, czy w trakcie przemieszczania sie w kolumnie itd. Oczywiscie nie wyklucza to uzycia trybu "yelling" w razie potrzeby - nalezy to jednak ograniczyc. Inaczej slychac wszystko i wszystkich.

Podsumowujac, proponuje zorganizowanie szkolenia dla wiekszej liczby graczy. Szkolenie powinno obejmowac temat samodyscypliny (szczegolnie w bazie, na poczatku rozgrywki), droge sluzbowa, zachowanie zolnierza w sekcji (zawsze podazasz za swoim bezp. d-ca, chyba ze jego szef powie inaczej), zgrubne funkcje dowodcow (zeby kazdy wiedzial, co ma robic gdy sam nim zostanie), komunikacja z uzyciem pluginu (odpowiedni tryb, zasady krozystania z radia SR i LR - zeby szeregowi nie nadawali, tylko wylaczali), poruszanie sie w kolumnie pojazdow, pobieranie pojazdow w bazie. Mozna do tego nawet wykorzystac aktualna misje.


A na koniec konca :) dodam, ze rozgrywka byla naprawde ciekawa, szczegolnie w czesci drugiej, po powrocie do bazy. Samodyscyplina graczy zdawala sie byc znacznie wyzsza niz w czesci wczesniejszej. Wielka szkoda, ze stracilismy dowodce. Na polu walki czyhaja niestety rozne niebezpieczenstwa ;)
Ostatnio edytowano N 20 cze, 2010 11:09 przez rad, łącznie edytowano 1 raz
Offline

ppio95 (Piotr)

Porucznik

Porucznik

  • Posty: 303
  • Dołączył(a): So 08 maja, 2010 16:04
  • Lokalizacja: Góra Kalwaria

PostN 20 cze, 2010 11:07

Ostatnie podejscie:
Sekcja Bravo2 ustawia się przy dowódcy squadu. Dostajemy wskazówki odnośnie naszej pozycji w kolumnie. Kapral Danikas karze wsiadać. Ja poszedłem na strzelca a sam wsiadł na kierowcę. Parę minut później konwój powoli rusza. Co chwilę pierwszy wóz się zatrzymuje, aby zbadać teren. w połowie drogi do punktu Miki zmiana planu, mamy sprawdzić pewien punkt czy przez niego przejadą pojazdy. Dwóch ludzi wyrusza a HMMWV ustawiły się za skrzyżowaniem w dość chaotyczny sposób. Naszych zwiadowców już nie widać, po chwili nagle słychać pojedyńcze wystrzały. Kapral Danikas krzyczy: "azymut 260 kontakty!!!". Daje zaporowym po krzakach, odzywaja sie ini dowodcy i szeregowi o kontaktach. Wybucha zawzięty ostrzał oddziałów Bravo z przeważającym licznie wrogiem, jestesmy otoczeni. Resztką amunicji z .50 wale zaporowe tam gdzie były meldowane kontakty. Koniec amunicji, wysiadam i ustawiam na masce mojego SAWa. Nagle pada słowo "BRDM na 160!!!". Chowam się za HMMWV, Danikas woła Jaromaza, aby sie przygotowal do strzalu ze SMAWa. Po chwili Jaromaz ginie. Danikas przejmuje AT z jednym pociskiem. Rafalsky (medyk) podczas obrony miał pełne ręce roboty. Chowając się przed BRDM dostałęm z drugiej strony od piechoty. Rafalsky chciał mi pomóc lecz zginał. Danikas wydaje rozkaz powrotu, żyjemy tylko ja (ciężko ranny, nie mogłem chodzic) i Danikas. Danikas zlapal za HMMWV, przejezdza obok mnie, krzycze zeby sie zatrzymal, nagle BUUM, Danikas oberwal z RPG od zolnierza stojacego 10 m od niego. Ja choc ciezko ranny chwile jeszcze wymieniam ogien z wrogiem. Po chwili dostaje ostatnia kulke.



Tak wygladala walka Bravo2 z mojej perspektywy.
Offline
Avatar użytkownika

Black Shadow

Major

Major

  • Posty: 590
  • Dołączył(a): N 11 gru, 2005 18:04
  • Lokalizacja: World of Darkness

PostN 04 lip, 2010 15:11

Dziennik żołnierski czas zacząć...

AAR | A.C.E 2 | 3.07.2010 [ACPL/PPDJ]

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazek
  • Szturm Ćwiczenia - oryginalnie misja była stworzona dla celów treningowych & sprawdzenia umiejętności bojowych rekrutów w żywej walce z ostrą amunicją. Jak się okazało jednak, liczebność oraz celność wroga stoi na takim poziomie, że należy rozpatrzyć wezwanie elitarnych jednostek z wsparciem powietrznym od dowództwa co jest niemożliwe raczej lub - co bardziej prawdopodobne - wysłać prośbę o pojazdy jak HUMMVE z M2 bądź granatnikiem dla dodatkowej siły ognia. Kilkakrotny szturm prawie pełnego oddziału USMC kończył się zniszczeniem przez siły Czedaków. Możliwe, że należy wezwać oddział Brzytwy. Dosyć dygresji... Oddziały Alfa i Bravo zaczęły w prowizorycznym obozie na południe od celu numer jeden - wsi Bor. Po kilku minutach gdy plan został ustalony, wszelkie wątpliwości zgniecione w zarodku a serca pokrzepione nadzieją na zwycięstwo oraz plecaki - przynajmniej mój jako amunicyjnego - wypchane dodatkową amunicją ruszyliśmy na wyznaczoną pozycję przez dowódcę operacji, Czubakę. Nim przejdziemy dalej wspomnę tylko jeszcze, że podejście przedłużyło się ze względu na dziwną, samobójczą śmierć jednego z piechurów & oczekiwanie aż HQ przyśle uzupełnienie. Założenia planu wyglądały następująco: 1) Bravo dobija na wzgórze na lewej flance wioski i próbuje wypatrzeć wroga, 2) Alfa dobija do wioski od południa wzdłuż drogi. Nasza przeprawa [team Bravo] zakończyła się bezproblemowo na wyznaczonej pozycji gdzie na skraju lasu ustawiliśmy perymetr obronny. Oczekując, nagle z prawej, prawdopodobnie z drogi choć pewności nie ma, daję się słyszeć wystrzały z broni maszynowej co przeradza się w regularną kanonadę. Tutaj niestety pamięć mnie zawodzi, ponieważ nie kojarzę czy trochę wcześniej czy zaraz po tym na naszą pozycję w lesie wyskoczył patrol wroga. Nie za wiele się namyślając, wszak zagrożenie było ewidentne & było kwestią sekund nim żołnierz wroga zorientuje się w sytuacji, puściłem kilka serii w nadbiegających. Pozostali również nie próżnowali. Nadal czekamy. Wraz z Moodym kryjemy prawą flankę... czasami też zwracam uwagę aby ludzie nie gromadzili się za blisko. Jeden granat i mogło być po zabawie. Niestety, Maverick, dowódca Bravo nie zdołał się skontaktować z Alfą dlatego też podjął decyzję o dalszym, samotnym [w znaczeniu, bez wsparcia teamu Czubaki] podejściu na Bor. Wychodzimy do przodu powoli, mając oczy dookoła głowy przyglebiamy na drodze i podczołgujemy się do drzew. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze kontakty & kanonadę ognia. Szczerze przez te drzewa g%^$% widziałem, ale jednocześnie służyły za całkiem niezłą osłonę przed wrażym ostrzałem z AK-47 [bądź 74 - whatever]. Dopiero po dłuższej chwili, gdzieś w zabudowaniach widać ruch, ale przy takiej odległości jedynie optyka w stylu ACOGa mogła by pomóc. Kilkadziesiąt wystrzelonych kul dalej - chyba - są pierwsze straty oraz całkiem spore zamieszanie w związku z rannymi. Zginął bodajże Ghost... Wobec tego grzejemy na pozycję wyjściową z lasu podejrzewając, że Czedacy spróbują nas gonić. Zanim dobiegli pierwsi z nich zasugerował Mav'owi aby zaryzykować podejściem z północy po szerokim manewrze flankowania z zachodu, ale ostatecznie - w związku - z minimum dwukrotnym ostrzale na naszych 'plecach' zwyczajnie skierowaliśmy się na drogę gdzie atakowała Alfa a potem, lasem, wyszliśmy gdzieś... konkretnie nie pamiętam. Podczołgując się dalej Bravo już widzi wioskę, technikala oraz chyba jakieś kontakty. Znów spora roślinność przeszkodziła w obserwacji. Nagle jest ostrzał, kule latają mi koło ucha, szybko odwracam się na prawo - kryjąc flankę - i widzę nadbiegający oddział Czedaków [~6 osób]. Właściwie można rzec, że wchodzili nam na pozycję. Niestety, bliskie spotkanie nie zakończyło się z korzyścią dla mnie, bo celne serie z Kałachów podziurawiły mi bebechy. Reszta Bravo po zaciekłej obronie & próbie wycofania się w las - trzeba zaznaczyć, że wróg ich flankował - bodajże skończyła gryząc glebę. Na tym skończyło się to podejście, ale trzeba przyznać, że emocji oraz walki było całkiem sporo.
  • Komarovo Chemicals - misja typowa, na godne pożegnanie wieczoru, jak tylko może być. Wredni partyzanci podobno mają broń chemiczną w wiosce. Nasz oddział USMC ma tam wbić, wyrżnąć co się rusza oraz zabezpieczyć teren. O ile zagraliśmy to bardziej na czystą zabawę tak taktycznie nadal spróbowaliśmy podejść to jak na wojsko przystało [jedynie raz, przejście na chama dało efekt skończonej misji, ale pewnie wroga mało było ;P]. Operacja pod dowództwem Echo i egidy Jona... Reszta ludzi z Alfa ma flankować wioskę z zachodu kiedy my w walce ściągniemy na siebie wroga. Niestety, dosyć szybko rozgorzała konanda i kilka minut później gdy sami zaczęliśmy zbliżać się do wsi [Echo: Jon, ja, Maverick, Killerek] nie odpowiadali na wezwania radiowe. Można było przyjąć, że szybko zginęli... My natomiast dzielnie staraliśmy się utrzymać przy czerwonym domku, ale przewaga liczebna oraz ogniowa wroga była przytłaczająca. Zostałem tylko ja z Jonem ostrzeliwując się w każdym możliwym kierunku... Ostatecznie, zostałem sam na polu walki robią slalomy i czując jak serie z KMów śmigają mi koło ucha. Przy okazji przeklinałem na lewo i prawo czekając na koniec. W końcu jakaś seria położyła mnie permanentnie... Tak czy inaczej, było to miłe zakończenie całego wieczoru ;D
  • Scraching their heads - zdecydowanie misja całego wieczoru :D Długa, intensywna, cholernie klimatyczna & co ważniejsze zakończona dla mnie pełnym sukcesem. Przechodząc jednak do rzeczy... Wcielając się w elitarny oddział komandosów GROM mieliśmy za zadanie zinfiltrować okupowaną przez siły partyzanckie wyspę, przedostać się do miasta Montignac oraz wyeliminować dwóch, wysokich rangą dowódców. Pierwotnie planowano użyć C-130 do skoku HALO jako środka dostania się na wyspę, lecz na dzień przed otrzymałem informację iż silnik nawalił a spadochrony zawodzą technicznie co mogło by spowodować zagrożenie dla żołnierzy. Ostatecznie postawiono na wariant dotarcia z strefy wodnej & przydzielono oddziałom Alfa oraz Bravo łodzie RHIB. Zaczęliśmy na małej wysepce na południe od Everonu gdzie dopiero po kilku minutach, dzięki zdolności pływackiej jednego z żołnierzy, podprowadzono transport do brzegu i mogliśmy ruszać. Dotarcie do punktu RG odbyło się bez problemów. Wróg nie wystawił wart w okolicy, nie posiadał również własnych motorówek do patrolowania przestrzeni wodnej ani - wtedy - helikopterów do wykrywania ruchów z powietrza. Dowodzenie nad całością operacji objąłem ja mając w Alfie bezpośrednio pod komendą: Nasty'ego, Moody'ego, Jon'a, Ghost'a oraz Maverick'a. Oddział Bravo, pod egidą Czubaki, liczył: Dan'a, Zombie'go, Maćka, Bartka, Nastara oraz GrayFox'a. Gdy dobiliśmy do brzegu, oddziały rozstawiły perymetr obronny. Nastąpiło chwilowo dozbrojenie się magazynkami z łodzi & operacja mogła ruszać dalej. Generalnie plan dojścia polegał na wykorzystaniu kompleksów leśnych przy unikaniu walki z wrogiem oraz obecności w wioskach. Kłopoty zaczęły się na samym początku gdy Bravo dobiło już do skraju lasu w pierwszym waypoincie. Planując poruszać się zaraz za nimi kazałem czym prędzej formować kolumnę i grzać za mną, ale komunikat Jonsa sprawił, że zauważyłem trzyosobowy patrol partyzantów na skraju lasu. Nie mogąc otworzyć ognia nie narażając Bravo na kontrę sił wroga z Morton przeczekaliśmy parę nerwowych minut nim oddali się i Alfa mogła kontynuować marsz. Niestety, element zaskoczenia oraz zamiar cichego podejścia diabli wzięli chwilę potem gdzie na drodze między Le Moule a Morton doszło do zażartej, ale szczęśliwie bez strat wymiany ognia z wrogiem. Zdecydowanie był to jeden z gorętszych momentów w całej misji, bo terkot broni maszynowej nie ustawał... tracery śmigały po niebie aż miło a piechociarze wroga nie próbowali przegapić okazji aby nas oflankować. Strzelanina ściągnęła nawet BRDMa i technikala, które jednak zdecydowanie zostały usunięte z pola walki seriami z M4 lub pociskiem AT. Kilkanaście minut później było dobre, żeby pomyśleć o próbie wyrwania się z tej pozycji, bo dalsze czekanie może skończyć się przybyciem tylko większej ilości wroga. Bravo przeszło swoją stroną, Alfa - własną. Korzystając z chwili gdy żaden z partyzantów nie zakłócał nocy wystrzałami z Kałacha dobiliśmy do drzewek bezpośrednio przy drodze [pewnie misja z kampanii OFP się kłania :=)]. Czym prędzej jednak, wszak teren nie był najszczęśliwszy do potencjalnej obrony, grzejemy do kolejnego kompleksu leśnego ostatecznie zabezpieczając jego skrawek gdzie czekaliśmy do momentu jak Bravo zerwie bądź unieszkodliwi pozostałe kontakty na plecach. Przez jeszcze spory czas towarzyszy nam flary oraz wystrzały z tyłów... Wróg mimo braku odpowiedniego sprzętu do walki w nocy (noktowizja) nie dał łatwo za wygraną. Ludzie pod dowodzeniem Czubaki spisywali się jednak świetnie, bo po takiej wymianie ognia posiadać oddział całkowicie bez strat? Można chylić czoła. U nas ofiar również nie było, ale nie podejrzewam abyśmy byli równie mocno zaangażowani w walkę jak Bravo. Nie czekając na zbiórkę & połączenie oddziałów wydaję rozkaz Bravo o dalszym wymarszu na północ. Gdy ponownie tamtejsza pozycja jest zabezpieczona rusza również i Alfa. Nie pamiętam dokładnie czy właśnie wtedy była jeszcze walka z partyzantami w lesie... raz nawet było bardzo blisko, ale szybka reakcja pozwoliła na dalszy udział w misji wszystkich. Oddziały dobiły, utrzymują pozycję. Mamy kolejne kontakty na pagórku przed nami - błyskawicznie zdjęte. W momencie gdy przedstawiał opis dalszego przeskakiwania do zabawy włączył się gość wagi ciężkiej. Na spotkanie kopnął się BMP-2. Chwila nerwowości gdy Bravo czym prędzej cofa się dalej w las, szykowanie broni p/panc i eksplozje rozświetlają noc. Transporter opancerzony został zmasakrowany. Kiedy główne zagrożenie zostało wyeliminowane Alfa, przy kryciu Bravo, przeskoczyła dalej & właściwie do momentu podejścia do Montignac było spokojnie. Jeśli było inaczej to żołnierze, proszę o poprawkę. Ostatecznie, w momencie zajęcia pozycji przez Bravo na zachodzie miasta tak aby urządzić zasadzkę na możliwe posiłki z zachodu, Alfa rusza do miasta. Tutaj należy się pochwała dla Jona, który zauważył dogodną możliwość, bez aktywności wroga, podejścia do zabudowań. Bezproblemowo je łapiąc rozpoczyna się ostra jazda trwająca właściwie do ucieczki Kamazem. Kolumnę prowadzi Jon wzdłuż południowych - patrząc na mapę - budynków. Kolejny róg, nagle ostry ostrzał i pada nieprzytomny, ale sprawna akcja Ghosta & Nasty'ego odratowała go. Czyścimy dalej, między innymi eliminując schowaną Szyłkę [AT chyba + C4] & dobijając do pierwszego budynku, który sprawdzamy. Błyskawicznie wyczyszczony, ale... biegający na zewnątrz partyzanci nadal stanowili zagrożenie. Widząc, że tłok w korytarzu może źle się skończyć karzę wyłazić od - teoretycznie - bezpiecznej strony. Zdążyłem się rozejrzeć, ujrzeć gościa, szpetnie przekląć i spaść na ziemię. Bodajże Moody również oberwał, ale reszta Alfy zaciągnęła nas z powrotem do budynku gdzie zostaliśmy uleczeni. W międzyczasie coś słyszałem o Bravo wchodzącym do miasta od zachodu... Czyścimy dalej tym razem kryjąc teren z drogi od południa. Chwila nerwów.... skrzyżowanie zabezpieczone. Oddział Bravo z rannym odnajduje się w jednym z budynków - normalnie akcja rodem z Black Hawk Down - & już sam nie wiem jak, ale ktoś dorwał nasze cele. Radość nie trwała długo, bo znajdowaliśmy się w sercu wrogiego terytorium mając na ogonie teraz całą, wkurzoną partyzancką armię więc dobrym pomysłem była natychmiastowa ewakuacja. Nie tracąc ani chwili i licząc na to, że latający gdzieś w powietrzu helikopter [to na pewno była helka?] nas nie rozwali, z Maćko za kierownicą, Kamaz daje ile fabryka dała na południe a potem ścinając do lasu. Tam porzucamy pojazd i dalej, ile sił w płucach, grzejemy z buta czując na plecach oddech kolejnego BMP. O mały włos nie stałbym się jego ofiarą, bo odrobinę zaspałem patrząc na mapę & gdy odwróciłem się dla sprawdzenia tyłów już widziałem wzbity kurz. Szczęśliwie, ledwo dychając, połączyłem się z innymi. Z dobrymi humorami, ale nie znikającą czujnością, bezpiecznie, dotrwaliśmy do punktu RG. Pakujemy się na łodzie & jak najszybciej zasuwamy od tej dziury piekielnej. Na koniec jeszcze widok latarni morskiej, którego nie spodziewałem się ujrzeć [;P] & misja została absolutnie wykonana. Nie wiem do końca jakie były naprawdę straty [w grze coś się pokiełbasiło], ale uznaję operację za sukces totalny. Brawa oraz medal dla wszystkich, bo każdy dołożył cegiełkę - większą bądź mniejszą - w sukces operacji. Ja tam o swoim dowodzeniu wypowiadać się nie będę, bo wyjdzie, że Narcyz jestem ;P Inne opinie/AAR chętnie poczytam. Tyle. Elitarna grupa zabijaków wróciła do domu w genialnych nastrojach po 3,5 godziny. Warto było.
Ostatnio edytowano N 04 lip, 2010 17:26 przez Black Shadow, łącznie edytowano 1 raz
Offline
Avatar użytkownika

Jon

Generał

Generał

  • Posty: 10639
  • Dołączył(a): Wt 20 lip, 2004 00:43
  • Lokalizacja: Kraków

PostWt 07 wrz, 2010 11:44

Piecze. Tak cholernie piecze.

Mimo to, pan medyk mówi - będzie dobrze... dobrze. oby. Rzadko w końcu rzyga się krwią.

Przewracam głowę na bok, widzę jak Douglas słucha spowiedzi Ragnara. Że to RPG uderzył w HMMWV i tak dalej... tak... dalej.

Zamknęłem oczy. Znów to widzę. Te wąskie uliczki, rozrywający bębenki ryk M2, mudżahedina z kałachem odwracającego się w moją stronę...




FOB Juliet. Dwa ciężkie, opancerzone HMMWV wzbijające tumany kurzu na gównianej, szutrowej drodze. W drugim pojeździe oprócz mnie siedzą Ghost, Maverick, Nasty i Ragnar. W tym z przodu perymetr skanują 4teLL, Szopman, Mateusz i dowódca operacji - Czubaka. Jeszcze nie wiedzą, że kilku z nich nie wróci do domu.

Podczas obserwacji Jarum dostajemy ogień. Wskakujemy do HMMWV'ków i rajd do najbliższych zabudowań, opisanych przez dowódcę na mapie jako "punkt zero". W krótko po opuszczeniu HMMWV między budynkami i na skrzyżowaniu pojawił się wróg. Sprawna eliminacja wroga, "kwadrat" jest nasz. Wciąż sporadycznie strzelają do nas z Jarum i teraz już także samego Zargabadu. Wskakujemy do HMMWV i ruszamy do miasta.

DUP, DUP, DUP - tak zapamiętałem nasze pierwsze chwile w Zargabadzie. Smugacze z WKM kładą kolejne sylwetki na drodze, piechota mimo uderzających o pancerz HMMWV pocisków wyskakuje i przykleja się do ścian. Nasty i przydzielony nam nadprogramowo Mateusz zajmują pozycje na budynku dając dodatkową osłonę poruszającym się w stronę celu oddziałom. Ghost, za mną! - wskakujemy na podwórko, zajmujemy budynek. Ostrzał wroga był tak silny, że musieliśmy ruszyć do przodu mimo flankującego nas wroga - to przecież i tak brocha Czubaki i 4Tella.

Zajmujemy kolejny budynek, strzelania trwa w najlepsze. Nasty i Mateusz poruszają się dalej w stronę skrzyżowania wskakując na kolejne dachy. Gdzieś w Jarum wybucha "ajdik". Po prawie 20 minutowej wymianie ognia między nielicznymi oddziałami US wciśniętymi między 3 podwórka, a dużo liczniejszym wrogiem będącym dosłownie wszędzie (conajmniej 5 kontaktów zostały zdjętych na dachach bądź w oknach) w okół udało nam się względnie uspokoić chaos w południowo-wschodniej częsci Zargabadu. Nie zliczę ile razy pocisk uderzał tuż obok mojej, czy Ghosta głowy... dochodzimy do podwórka gdzie znajduje się nasz pierwszy cel - skrzynie rebeliantów. "Czif, mamy tu taką podejrzaną ładę, blokuje nam bezpieczne podejście do obiektu" - melduję. "To ją sprawdzcie, no co ja wam poradzę?", odrzekł Czu. Cholera myślę sobie... nie pozbawię przecież oddziału dowódcy. "Ghost... weź sprawdź tą ładę". "Ta jest". Stałem wtedy do niego tyłem, i dopiero po chwili dotarło do mnie, że mimo rozkazu wciąż słyszę Ghosta tuż za swoimi plecami.

Nie zdążyłem otworzyć ust gdy Ghost z rozłożonym dwójnogiem zaczął wybebeszać ładę. Któraś z kul rozpieprzyła bak, samochód zajął się ogniem. Eksplozji nie było. "Dowódco, melduję że łada nie stanowi zagrożenia". Taaa.

Gdzieś w tym momencie jakiś zakichany arab zepchnął Mateusza z dachu. Przeżył, chociaż w kiepskim stanie. Zabezpieczenie pierwszego celu poszło sprawnie, podobnie ze skrzyżowaniem. Dowódca zdecydował, że czas zająć się meczetem, z którego raz po raz odzywały się do nas serie kałasznikowa. Moja sekcja wraz z HMMWV zajmuje pozycje na kolejnym skrzyżowaniu.

Po kolejnej 20 minutowej wymianie ognia (choć już zdecydowanie nie tak zażartej) sekcja Czubaki dołączyła do nas. Przegrupowaliśmy się u bramy meczetu, tuż po tym jak poprzednie skrzyżowanie wyleciało w kosmos za sprawą kolejnego ajdika. Ja, Szopman i Maverick mieliśmy wejść do meczetu, Ghost z Psycho zostali koło wozu.

Leżący na podwórku kanister oraz rozkopana ziemia upewniły mnie, że nie ma nawet co próbować biegu przez plac. Powoli i ostrożnie z Szopmanem i Maverickiem przekradliśmy się przy ścianach w stronę kolumn pod murami meczetu. Tamtędy, pod ścianą - najbezpieczniejszym przejściem jakie byłem w stanie wtedy wymyślić - doszliśmy do bocznych drzwi meczetu. Rozpoczęliśmy czyszczenie.

Po pomieszczeniu wejściowym trzeba było wejść do głównej hali. Cholernie niebezpieczne. Zadymiłem całe pomieszczenie, weszliśmy i między kłebami dymu zdjęliśmy kilku zdezorientowanych mudżahedinów. Dobiliśmy do klatki schodowej. "Dobra, teraz ja sobie postrzelam" rzekłem ruszając z Glockiem w ręce ochoczo schodami. To był błąd. Duży błąd...

Jihadysta z kałachem właśnie odwracał się w moją stronę - z twarzy gówniarz, pewnie niedawno zwerbowany, najwyraźniej syn któregoś z tych, których rozwaliliśmy na dole. Byłem szybszy. Kilka kulek z Glocka posłało bezwładne już ciało w tył gdy zorientowałem się, że nie jest tak dobrze jak myślałem. Za nim, przy oknie stał drugi. Mimo upadającego nań kolegi (syna?) zdołał oddać kilka strzałów w moją stronę. Jedna z kul trafiła mnie w klatkę. Straciłem dech, poleciałem do tyłu na schody, mięśnie napięły się przy próbie złapania poręczy... nie udało się. Jednak nie stoczyłem się po schodach. W momencie black-out'a najpewniej upadłem na Szopmana... co stało się później, nie wiem. Ocucił mnie dopiero Maverick którymś z kolei uderzeniem w ryj. "Jon, trzymasz się?". Znów byłem u stóp schodów. W żyłach huczała morfina.

Podniosłem się. Pomieszczenie spowijały jeszcze resztki rozwiewającego się dymu, na ziemi obok leżał Szopman. Powoli i z trudem wdrapałem się po schodach, mimo Mavericka krzyczącego "Jon, spokojnie, już jest czysto. Teren zabezpieczony!"... Szopman niestety nie przeżył pojedynku na schodach. Nie mam pojęcia co tam się działo, nie chciałem wiedzieć. Opuściliśmy pełną ciał świątynię.

Gdy stojąc pod kolumnami rozmawiałem z Czubaką uszy wszystkich przeszył świst odpalanego RPG. Niestety, niektórych nie tylko uszy i nie tylko świst... Pocisk niemalże podrzucił HMMWV'ka w którym wywaliła butla z paliwem dopełniając dzieła zniszczenia. Ghost zginął od pocisku, Nasty'ego zapewnego dobili chłopaki by oszczędzić mu śmierci w płomieniach. Mój pododdział prawie przestał istnieć.

"Jon... straciliśmy HMMWVka... chłopaki nie żyją."


Nie było czasu na żal. 10 min później przebijaliśmy się przez następne skrzyżowanie w kierunku ostatniego celu - skrzyń. Po 20 minutach zostawiając za sobą kolejne pare trupów dotarliśmy na podwórko na którego środku stał nasz cel. "Niezły magazyn mają, sk...e". Nie za dobrze to pamiętam, ot zdjęliśmy paru mudżahedinów, zaminowaliśmy skład i już po chwili gnaliśmy bocznymi uliczkami (na głównej naliczyliśmy conajmniej 2-3 IED) na północ, w stronę punktu ewakuacji. Gdy minęliśmy ostatnie budynki Zargabadu niemalże równo odezwały się: wrogie RPK i pokładowe radio.

Dostaliśmy nowy przydział, jako jedyna drużyna w okolicy. Że niby "po drodze".

Mamy zdjąć jakiegoś leszcza, który był na tyle próżny i głupi by ponownie zajrzeć do swojej kanciapy na wzgórzu nad miastem. Niespecjalnie szczęśliwi skręcamy w bok i ruszamy na wzgórze prując z M2ki do celów widocznych przy bramie. Przebijamy się przez płot obok strażnicy, wyskakujemy z HMMWV'ka i dobijamy resztki strażników lub tych, którzy byli na tyle głupi by próbować im pomóc. Przy HMMWV wraz z Maverickiem zostaje Mateusz, podczas gdy ja, Ragnar i Czubaka ruszamy do zabudowań, strzelając raz po raz do celów pokazujących się na dachu. Zajęliśmy pozycje, skanujemy teren, nic więcej póki co się nie pokazuje...

"Jon, ruszaj do budynku, spróbuj wyczaić bezpieczne wejście". Dobijam do jednej ze ścian, obok drugiego wejścia. Wychylam się i... wróg!

Szybka seria rozerwała na strzępy klatkę oraz twarz cwaniaka z rewolwerem w ręku. Znów byłem szybszy.

"Czu, chyba go zdjęłem. To ewidentnie był jakiś oficer. Nic więcej się nie pokazuje" - zameldowałem. "Dobra Jon, to spadamy stąd zanim reszta straży się pojawi", odrzekł. No to ruszam do niego, gdy go mijam reszta powoli się zawija i po chwili wszyscy 3 biegniemy do bramy wyjściowej, za którą stoi HMMWV. Nagle...

Jeb! - Czubaka upadł. "Jon, dowódca oberwał!" krzyczy Ragnar. Przystajemy, Ragnar przyciska ogniem sylwetkę na dachu, ja wciągam wijącego się Czubakę na plecy. "Spadamy stąd man, osłaniaj". Wciągnęłem Czubakę do HMMWV'ka. Podbiegłem do bramy i wyładowałem magazynek w stronę dachu gdy Ragnar dobiegał do HMMWV. Kolejny ładowałem wskakując za kółko.

Dojeżdżamy do budynków, w których mieli czekać nasi... oh well. Nie czekają. Jest za to kilku wkurzonych gości z kałachami. A nam właśnie skończyła się amunicja do KM'u... wyskakujemy pod zabudowaniami, rozbiegamy się na obie strony. W 3kę zabezpieczyliśmy budynki i... co teraz?

"Cholera, Jon. To nie te zabudowania"

Faktycznie. Pomyliłem lokacje na mapie. Nasi mają czekać 200 metrów dalej...

Wskoczyliśmy do HMMWV, na pełnym gazie przelecieliśmy przez pole wskakując na polną dróżkę pod następnymi zabudowaniami. A przed nami... przed nami stał biały M113 z błogosławiącym napisem: UN. TAK - Udało się... dojechaliśmy do posterunku ONZ.

Chłopie, pobudka, przeżyłeś, udało Ci się! - po raz kolejny trzasnął mnie w policzek ONZowski sanitariusz - no nie zdychaj nam tu teraz - nie dawał za wygraną. A przecież jest tak miło. Ja się tylko na chwilę położę. I tak przecież mnie ocucc-c-c...c...
Ostatnio edytowano Cz 01 sty, 1970 02:00 przez Jon, łącznie edytowano 2 razy
http://www.pajacyk.pl

“Politics is supposed to be the second oldest profession. I have come to realize that it bears a very close resemblance to the first.”
~ Ronald Reagan
Offline
Avatar użytkownika

Black Shadow

Major

Major

  • Posty: 590
  • Dołączył(a): N 11 gru, 2005 18:04
  • Lokalizacja: World of Darkness

PostPn 13 wrz, 2010 17:08

Dziennik bojowy #2...

AAR | A.C.E 2 | 10-12.09.2010 [ACPL]

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazek

MATERIAŁY FILMOWE:
*) Patrol bojowy - http://www.youtube.com/watch?v=xXBhf7SF1es
*) Pokaz laserów - http://www.youtube.com/watch?v=30XWBmQWuMQ
*) Pył - http://www.youtube.com/watch?v=jRzk5btLWzo

  • Patrol bojowy - w miarę prosta misja z mission wizarda może nawet dostarczyć pewnych trudności o czym przekonała się mała grupka żołnierzy amerykańskich pod mym skromnym dowodzeniem ^^ Oddział liczył pięciu ludzi: Ghost, Jon, Maverick, Damian i Mateusz [nie licząc mnie jako oficera]. Po krótkim brefingu i ocenieniu sytuacji a także sprzętu jakie dało nam dowództwo na ten skromny patrol rozdzieliłem ludzi na dwa Hummve. Gdy wszyscy uzbroili się po zęby kolumna ruszyła drogą w kierunku punktu docelowego. Nie dojechaliśmy daleko bez problemów, bo po kilku chwilach jazdy odezwały się karabiny, kolumna się zatrzymała a ludzie zaczęli szukać osłony przy pojazdach. O ile była przewaga ognia w postaci karabinów maszynowych Hummve tak pozycja do najszczęśliwszych nie należała co uświadomił mi Jon, gdy zdołałem go dosłyszeć między ogłuszającymi seriami - niestety, stoperów w skrzynkach nie było. Po dłuższej wymianie ognia, gdzie w międzyczasie narzekałem w duszy na brak poprawki do M110 TWS, ale chwaliłem sobie dobrą metodę na wykrycie przeciwnika, oddział wycofał się zrywając kontakt z przeciwnikiem a potem ruszając na wschód. Wróg nadal nie chciał odpuścić a tracery z km-ów śmigały nam na plecach. Przez kilka chwil utrzymywaliśmy pozycję na wzgórzu wyszukując celów a następnie ruszyliśmy dalej na stację benzynową na płd. od Zagrabadu. Plan zakładał oflankowanie celu od wschodu i złapanie pierwszych zabudowań nim przeciwnik zorientuje się co jest grane... Udało się w większej części. Strzelcy w pojazdach ryglowali drogę od potencjalnych posiłków a reszta rozpoczęła oczyszczanie terenu. Ja wraz z Ghostem udałem się na lewo od dziury w murze - zrobionej dzięki Hummve, wedle rozkazu - a Jon z Maverickiem na prawo. Nie było specjalnie gorąco, wróg nie zdołał się boleśnie odgryźć i oczyszczenie miejsca było formalnością. Sprawę skwitował lag kończąc tą całkiem luźną misję.
  • Pokaz laserów - kooperacyjna wersja misji znanej części ludziom z singla :=) Drużyna komandosów US Army podzielona na dwa fireteamy Alfa i Bravo ma za zadanie wyeliminować opór w wiosce podczas spotkania przywódców plemiennych... bądź coś w tym guście. Uzbrojeni w Mk17 CCO SD, które pod ACEa ma beznadziejny odrzut [co zresztą widać na załączonym materiale filmowym] ruszyliśmy do wioski i ledwie po kilku chwilach rozgorzała strzelanina. Dosyć szybko oberwał Jon, który z racji braku medyka albo medykamentów musiał się czołgać. Pociski fruwały z niezłą częstotliwością, eksplozje granatów rozrywały powietrze, ale po zaciętej wymianie ognia siły przeciwnika padły pod naporem niezwyciężonej armii amerykańskiej ;D Gdy z zewnątrz sytuacja wydawała się opanowana pozostało tylko oczyścić zabudowania, które jednak nie kryły dla nas większych niespodzianek. Nie pamiętam już czy z kolei Bravo miało dodatkowe kontakty, ale gdy dobiliśmy do końca wiochy odezwało się radio a nam zostało czekać na śmigłowiec ewakuacyjny. BlackHawk przybył szybko przy okazji jeszcze Gatlingiem masakrując wrogą ciężarówkę gdzieś w odległości od nas czym zostaliśmy lekko zaskoczeni... Kilka chwil i ludzie siedzieli na pokładzie a my mogliśmy się stąd zawijać.
  • Light in the Black - głęboko za liniami wroga zostaje zrzucony oddział sił specjalnych US Army z zadaniem zniszczenia strategicznych zbiorników z paliwem głęboko na terytorium opanowanym przez armię takistańską. Jeden już podobny obiekt, pola naftowe, zbombardowało wszechmocne US Air Force z F35 na czele, ale do tej roboty trzeba było wezwać cichociemnych... Wzmocniona obrona AA robi swoje. Tak więc dzielni amerykańscy chłopcy znaleźli się na pustynnych wzgórzach pod dowództwem Jona. Chwilowe problemy organizacyjne nie przeszkodziły w zabezpieczeniu perymetru i w kilka minut drużyna była gotowa w pełnym składzie do wymarszu. Dojście do celu zakładało drogę przez pewną wiochę Zawarak i do tego momentu było spokojnie. Nie natknęliśmy się na patrole wroga na wzgórzach, drogi były puste w tym rejonie... ogółem spokój i cisza. Nie na długo. W wiosce, przy stacji benzynowej a później także w innym rejonie, zauważono przeciwnika. Oświetlenie celów laserem przydało się do ich precyzyjnego zlokalizowania a fireteam w postaci mojej, Mateusza pod dowództwem Ghosta dostał rozkaz oflankowania i zdjęcia dwóch gości przy stacji... Manewr się udał i hałasu uniknęliśmy, ale mimo to kolejne jednostki przeciwnika nadbiegały. Je również udało się wyeliminować, ale na pole walki wkroczył BTR... Podjechał w miarę blisko, załoga wysiadła, chyba nas zauważyła (posiadali noktowizory) i zaczęło się piekło. Fireteam, w którym byłem dostał się pod ostrzał, sam zemdlałem, ale z różnych przyczyn nie mogłem krzyczeć do reszty aby mi pomogła... Od tego momentu generalnie wyłączyłem się z operacji czując jakbym zaraz miał wyrzygać swoje wnętrzności i chyba skończyło się tym, że skończyliśmy w plastikowych workach. Poprawcie mnie jakby co, bo wtedy nieobecny już byłem... niestety...
  • Pył - środkowe wzgórza Takistanu, mały obóz rojalistycznych partyzantów szykujący się na przechwyt konwoju kierujący się z Feruz Aband na północne lotnisko w okolicach Rasman, gdzie armia ma jedną ze swoich głównych baz. Lojalistyczne im bojówki trzymają pobliskie wioski oraz patrolują wzgórza a my liczymy tylko dziesięciu ludzi... gotowych jednak na wszystko. Zdecydowani, uzbrojeni w Kałasznikowy i materiały wybuchowe ruszamy pod dowództwem Jona wzgórzami w kierunku celu... wioski Falar, która miała nam służyć za punkt zasadzki. Niestety, w okolicy kręciły się bojówki partyzantów oraz jeden BRDM wroga co sprawiło, że rozstawiliśmy się trochę dalej... A przynajmniej tak planowaliśmy. Niedługo potem gdy zajmowaliśmy jeszcze pozycję oraz rozstawialiśmy ładunki wybuchowe z kierunku wioski padły strzały. Przeciwnik nas zauważył i rozpoczęła się długa wymiana ognia. W międzyczasie konwój już miał ruszać z bazy, my traciliśmy kolejnych ludzi a swoje zachwiane przypłaciłem życiem... Widząc dwóch ludzi na przeciwległym wzgórzu nie mogłem rozpoznać czy to nasi czy wróg i chwilę potem celna seria odesłała mnie w zaświaty. Reszta dzielnie próbowała się utrzymać ciągle oczekując na konwój, ale okazało się, że gdy my wykrwawialiśmy się w walce to kolumna pojazdów nie ruszyła z bazy... pewnie jakieś problemy techniczne.
Offline
Avatar użytkownika

Black Shadow

Major

Major

  • Posty: 590
  • Dołączył(a): N 11 gru, 2005 18:04
  • Lokalizacja: World of Darkness

PostWt 19 paź, 2010 01:11

DZIENNIK BOJOWY #3 [EDYCJA BLACK OPS - ZAPOMNIANE KRONIKI]

AAR | A.C.E 2 | IX - X 2010 [ACPL/A2C/PPDJ]

ObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazek
  • Pancerniacy! - gdzieś, pośród zapomnianych piasków pustynii, na zachodzie Takistanu dywizja pancerna Młot dumnie noszącą sztandar niosącej demokrację i niezwyciężonej armii amerykańskiej przebiła się do punktu wyjścia jako część operacji Arrowhead. W tym samym czasie gdy GZ Skoczek zaatakuje południowe lotnisko cztery M1A1 przydzielone do operacji miały ruszyć szlakiem bojowym wzdłuż Khushab i Mulladoost ścierając w proch każdy napotkany opór przeciwnika. Pluton czołgów pod dowództwem Jona, po kilkunastu minutach reorganizacji, ruszył do przodu tylko po to aby zatrzymać się kilkanaście metrów dalej osiągając kontakt wzrokowy z patrolami zmechanizowanymi Takistańczyków. Nie mając wsparcia UAV – teoretycznie „góra” zapewniła do niego dostęp, ale praktyka była inna… - pozostało nam metodycznie ostrzeliwać wszystko w zasięgu wzroku a potem, powoli mając baczność na wzgórza po bokach, ruszać naprzód ku chwale. Gdy już czujki wroga, najpewniej zaalarmowane ruchami sił US Army na zachód od ich pozycji, zostały wyeliminowane pluton ruszył dalej wdając się w kolejną długą wymianę ogniową z piechotą wroga przy samym mieście. Nie pamiętam już dokładnie czy przybyły dodatkowe posiłki opancerzone, ale samej piechoty z cholernymi RPGami latało po wzgórzach z dwa oddziały co skończyło się tym [z racji tego, że część załogi, głównie kierowców, było kierowanych przez SI], że dwa Abramsy oberwały. Nasz – trudno mi już przypomnieć sobie z kim byłem w pojeździe – padł na miejscu. Najpierw uszkodzony został system gąsienic [przez co SI świrowało >.<] a druga rakieta załatwiła sprawę. Inny czołg, pomimo ostrzału, zdołał się wycofać. Po tej jakże zadziwiającej porażce – wszak nie można pozwolić, żeby zasuwające na wielbłądach brudasy miały dokopać US of A – pluton ruszył ponownie uszczuplony do stanu dwóch M1A1. Kiedy wszystko co żywe i trzymało Kałacha w łapie nasączało piasek krwią czym prędzej ekipa posuwała się dalej. Gdzieś na wzgórzach mógł czaić się wróg co było tym bardziej prawdopodobne iż na trasie czekał wąwóz… idealne miejsce na zasadzkę. O dziwo jednak poza pewną niespodzianką przy wraku BlackHawka podróż przebiegła spokojnie – jeśli można tak ująć atmosferę strachu i nerwowe wpatrywania się w okolice czy aby jakiś pastuch z zabawką na plecach nie postanowi się zabawić. Przy Mulladoost czekały już cięższe zabawki a przynajmniej mnie się tak wydaje – T55 albo inna wersja, możliwe BTRy albo BRDMy. Szczerze to po tym czasie oraz zgiełku jaki wtedy panował średnio to pamiętam. Ważne, że po wystrzale z pocisku kumulacyjnego płonęło to równie efetkownie. Kojarzę za to przebieg akcji… Jeden Abrams został na południowej drodze mając ogląd z góry na wiochę a drugi powoli zjeżdżał czyszcząc co nawinęło mu się przed muszkę. Gdy uwalone piaskiem oraz krwią, z dymiącymi lufami, wielotonowe bestie wjechały do centrum punkt wyjścia na szturm drogą dalej na wschód na lotnisko Rasman stanął otworem. Tym samym operacja zakończyła się sukcesem a pancerniacy, chłopcy z nerwami ze stali, mogli oczekiwać na przybycie posiłków i udać się na zasłużony odpoczynek. To był niezbyt przyjemny poranek dla wroga ;]
  • Delta Force – tym razem nieszczęsny los żołnierskiej tułaczki rzucił mnie – bądź też jedno z moich wcieleń – na północ od Zagrabadu jako dowódca elitarnego oddziału będącego chlubą sił amerykańskich oraz jedynych, które mogły podjąć się tego zadania. Mając do dyspozycji trzy sekcje ogniowe postawiono przede mną sprawę wystarczająco jasno. Mam wbić się do miasta, przeszukać oraz zabezpieczyć kompleks wroga przy okazji wyszukując ważnych źródeł wywiadowczych. W zamierzeniach planowałem zrobić to jak komandosów przystało czyli transportem kołowym przebić się w okolice celu tak szybko, że nim pastuchy zorientowały by się w sytuacji już leżały by martwe pod buciorami kozaków z Delty. Na miejscu jednak, gdy po marszu od strefy lądowania, doszliśmy do punktu zrzutu zapasów czekała mnie niemiła niespodzianka… brak jakiegokolwiek transportu, nawet chociażby cholera podstawiony przez tych mniej brudnych brudasów zwących się rojalistami. Niepocieszony miałem jednak zadanie do wykonania a porażka nie wchodziła w grę. Miałem posłać swoich ludzi w sam środek piekła mozolnie przebijając się między zabudowaniami, żeby Ci zdobyli jakiś laptop bądź świstki papieru, którymi jakiś gbur w Pentagonie będzie mógł się podeprzeć niczym papier toaletowy na nominacji podbijającej jego pozycję w administracji a nam… Nam w najlepszym przypadku zostawała duma z dobrze wykonanej roboty. Nie było co dłużej czekać. Po przezbrojeniu sekcje ruszyły a element zaskoczenia trafił szlag już kilka minut potem gdy żołnierze natknęli się na patrole przeciwników [kilku ludzi w tym minimum jeden technikal]. Nie było teraz mowy o odwrocie. Takistańczycy zostali zaalarmowani a tracenie czasu na odwrót i próbę podejścia do miasta od innej strony było nie do przyjęcia przeze mnie. Nie znam już szczegółów… po tym czasie te dziesiątki komunikatów w radiu zlewają się w jedną całość… ale dzięki swojemu wyszkoleniu i ofiarności, niektórzy nawet z ranami –jak np. dowódca sekcji Maverick – zdołali przebić się do celu a następnie zabezpieczyć go. Nie pamiętam już ile czasu minęło nim nerwowo oczekiwałem na komunikat o znaleziskach bądź też – gorzej – o stracie człowieka z oddziału. Bardzo możliwe, że KIA były. Pokój dla ich dusz, operacja nadal trwała. W końcu słyszę upragnione „zadanie wykonane szefie” oraz co mnie bardziej cieszyło – zdobycie transportu kołowego. Teoretycznie zadanie wykonaliśmy, ale teraz siedzieliśmy jak kaczki w sercu wrogiego terytorium narażeni na kontrę ostro wkurzonego przeciwnika. Wraz ze swoim ochroniarzem przeszliśmy ostrożnie do głównej drogi prowadzającej do Zagrabadu wyczekując na przybycie reszty drużyny. Wreszcie są dumnie przybywając w zdobycznym SUVach w liczbie dwóch oraz ciężarówki. Teraz została nam tylko ewakuacja i pytanie czy grzać do górzystej granicy pojazdami i liczyć, że nie skończy nam się wcześniej benzyna czy też przebić się w akcie desperacji przez nieoczyszczone miasto do punktu ewakuacji skąd ma nas zabrać Chinook. Ostatecznie decyzja pada na opcję drugą i następne minuty były najbardziej adrenalinogenne jakich zaznałem siedząc przez całą operację w punkcie wyjścia i tylko gapiąc się w mapę. Szybsze SUVy mkną w uliczkach nie zostawiając nawet sekundy możliwości do trafienia z RPG, ale sprawa z ciężarówką wygląda inaczej… Nagle dostajemy się pod ostrzał. Kule dziurawią plandekę i dopadają jednego z naszych. Niech to szlag! Biedak już pędził do wybawienia a brudas nie dał mu tej przyjemności. Nie mogę jednak pomścić kolegi, bo kolumna grzeje dalej. Jest, kończą się zabudowania, na lewo polana będąca naszym przystankiem ku wolności… bądź ostatnim miejscem, w którym będziemy się bronić. Jak najszybciej wzywam ewakuację a reszta rozstawia maszyny aby dały nam osłonę przez ścigającym nas wrogiem. Wreszcie słychać łopot wirników a chwilę potem – choć zdawało się, że wieczność – helikopter dotyka ziemi. Najpierw wnosimy ciężko rannych, potem wskakuje reszta modląc się o to, żeby nagle na dachu nie pojawił się Arab z Stingerem w łapie. Podnosimy się, ciąg się zwiększa a budynki maleją w oczach. Udało się. Zdołaliśmy uciec a misja pomimo kilku KIA zakończyła się absolutnym powodzeniem.
  • Occupational Hazards: Takistan – następnie zgubne koleje wojny rzuciły mnie na lotnisko Rasman gdzie stacjonowały siły stabilizacyjne US Army niedługo po końcu inwazji oraz załatwieniu Aziza. Baza, obfita w sprzęt kołowy oraz inne wyposażenie, miała posłużyć jako punkt wypadowy do okolicznych celów i spisała się w tej roli znakomicie pomijając fakt, że ochrona raz zaspała gdy przez główną bramę wpakował się pastuch z Kałasznikowem oraz kilka rzeczy było wadliwych… mała pojemność Strykera z KMem, zepsuty terminal UAV [a mieliśmy zarówno AH6X jak i Predatora], ale jak pokazały następne godziny nie przeszkodziło to za bardzo w wykonaniu operacji. Przed plutonem piechoty dowodzonej przez Jona czekało sporo zadań m.in. wyeliminowanie obozu Talików w pobliskiej wiosce, spotkanie się z starszyzną plemienną w Loy Manara, załatwienie obserwatorów artylerii w Jazie oraz odszukanie skrzyń z bronią dla pastuchów. Hierarchizując zagrożenia padła decyzja iż natychmiastowe załatwienie obserwatorów będzie najkorzystniejsze. Oddział „inżynierów” pod dowództwem – jeśli się nie mylę – Czubaki ruszył na piechotę z lotniska zmierzając na z góry upatrzone pozycje do ataku. Tymczasem reszta zapakowała się do Strykera [którego przez długi czas byłem kierowcą] i ruszyła na północ od Jazy tym samym planując okrążenie wroga. Niespodziewanie zagrożenie przyszło z kierunku wioski Loy Manara. Zupełnie niespodziewanie na plecach piechoty odezwały się Kałachy, ale kontra z M4 i granatów skutecznie położyła wraży oddział trupem. Gdy skład Czubaki kończył robotę w Jazie pozostali skierowali swe lufy na wiochę skąd dalej dochodził ich ostrzał partyzantów. Gdy chwilowo się uspokoiło zostali ewakuowani Strykerem dla dalszej reorganizacji a w drugim rzucie podobnie zrobili inżynierowie. Dalej piechota skupiła się na talibach, którzy zwabieni wystrzałami opuścili swój obóz w okolicach Czak Czak a tym samym wystawiając się pod ostrzał oszczędzili nam problemów z ich szukaniem [;P]. Następnie pluton znów się podzielił. Inżynierowie mieli zająć się IED rozstawionymi w wiosce aby zdobyć informacje od wodza plemiennego a pozostali pod dowodzeniem Jona zabezpieczali zabudowania niedaleko na północ od lotniska w poszukiwaniu min bądź innych przejawów aktywności wroga. W bezpiecznej odległości, rozstawiony na wzgórzu, obserwowałem przez termowizję rozwój wypadków w wiosce… Cisza, spokój, cywile biegający tu i ówdzie oraz nasi mimo wszystko nie tracący czujności. Nagle, gdy już miałem ruszać dalej, widzę eksplozję demolującą kawałek wiochy a niedługo potem kolejną. Nie byłem pewien co się stało, ale potwierdziło się powiedzenie, że saper myli się tylko raz. Wobec strat dowództwo w transporcie BlackHawków zza południowej granicy Takistanu przysłało uzupełnienia dla plutonu, który ponownie zreorganizował się w bazie. Jakiś czas potem nie obfitujący w dramatyczne walki, przebiliśmy się bardziej na północ gdzie w tym rejonie przyszło po raz pierwszy użyć moździerza. Komputer pokładowy, choć wyznaczający mały zasięg, znacznie ułatwił celowanie. Ogólnie jednak przez wybujałości terenu nie mogłem nacieszyć się nim za długo [możliwe, że już wcześniej używała go drużyna Czubaki] a do postawienia go „na nogi” zabrakło odpowiedniego sprzętu. Pomijając ten nieprzyjemny wypadek zabezpieczenie ostatniej skrzynki z bronią oraz odstawienie jej do właściwego punktu było formalnością a operacja zakończyła się sukcesem [jedna z fotek przedstawia wspaniałych, którzy dotrwali do końca ;P]
  • Two Simple Tasks – koleje wojny przywiodły mnie do roli elitarnego zabijaka z Delta Force, który z pięcioma albo sześcioma kolegami miał za zadanie, pod dowodzeniem bodajże sz0pmana, zniszczyć dwa zbiorniki paliwa w wiosce Loy Manara zajętej przez takistańskich partyzantów. Wywiad szacował ich siły na około czterdziestu ludzi. Zaczynamy przyklejeni do ścian niewyróżniających się niczym zabudowań bezpośrednio na południe od wiochy i po kilku minutach odprawy oraz niezbędnego przezbrojenia ruszamy na pozycję skąd moglibyśmy zaatakować efektywnie pozycję przeciwnika. Szybko wybucha strzelanina. Ogień M14 miesza się z AK74 choć to my trafiamy zachowując czyste konto. Jeszcze nikt nie musiał wracać do domu w plastikowym worku… było to marne pocieszenie zważywszy, że był to dopiero początek operacji, ale podobno optymiści żyją dłużej. Kilkadziesiąt strzałów później impas został złamany. Wraz z Jonem skoczyliśmy na lewo łapiąc osłonę od drzew i kamieni próbując osłaniać frontalny szturm do zabudowań reszty drużyny. Nikt nie zginął, my możemy ruszać dalej. W dalszej części kojarzę jedynie jakieś chaotyczne obrazy z naszego czyszczenia, ale moment eksplozji zbiornika prawie, że na naszych plecach – osłonił nas jedynie gruby mur – zapamiętam bardzo długo. To nazywa się „bliskie zagrożenie”. Kilkanaście minut dalej trafiamy w pobliże drugiego zbiornika, ale przed nami jeszcze przeprawa na otwartym terenie z opuszczonym busem na środku. Na ochotnika pierwszy przebiegam i padam przy pojeździe, ale równie błyskawicznie żałuję swojej decyzji. Kule z Kałacha rozdzierają ziemie centymetry ode mnie a ja nie mam pojęcia skąd ta gnida do mnie wali. W końcu dosięga celu choć jeszcze dycham, ale przed oczami czerwono. Chłopaki zdołali go w porę dorwać a ja odskoczyłem do pobliskiej ściany. Bardzo blisko zadekował się kolejny talib, którego zaskoczyłem nagłym szturmem na schody co widać na uwiecznionym materiale filmowym. Możliwe, że przed zaminowaniem drugiego zbiornika jeszcze musieliśmy walczyć z partyzantami… możliwe. Będąc u celu rzucamy z dwa granaty dymne czekając aż ładunek zostanie podłożony. Potem szybka ucieczka i obserwowanie efektów eksplozji. Koniec końców dorwaliśmy sprawny transport kołowy, którym czym prędzej wygrzaliśmy z wioski kierując się na pozycję gdzie sojusznicy zostawili nam UH-1 bodajże, z którego chętnie skorzystaliśmy odlatując ku bezkresnemu horyzontowi… Kolejny sukces.
  • Anatomia zasadzki – Czarnoruś nie była spokojnym miejscem dla jej mieszkańców. Szczególnie teraz gdy rozrywa ją wojna domowa wywołana przez wysokich rangą generałów - nie zgadzających się z rządem - aktywnie wspieranych przez Rosjan z północy chcących rozszerzyć swoje strefy wpływów. Grupa pancerna Kaukaz wraz z wsparciem sił rozpoznania piechoty zmechanizowanej Żbik [PPDJ] oraz sił specjalnych [ACPL] miała zdecydowanie przeciwstawić się ofensywnie wroga i uratować Czernogorsk przed dostaniem się w niepowołane ręce. My mieliśmy do odegrania w operacji dosyć istotną rolę jaką było przechwycenie kolumny z zaopatrzeniem przeciwnika jaka miała przejechać przez Zielone Wzgórze bądź też – jeśli na miejscu liczebność piechoty wroga byłaby za duża – narobić namieszania ładunkami wybuchowymi na okolicznym skrzyżowaniu bodajże a następnie wycofać się do Zielonogorska, które było pod kontrolą WOCu. Najpierw szybkie przypomnienie założeń operacji przez dowódcę drużyny czyli Misia gdy karnie zebraliśmy się pod Hummve oraz przydziały do pojazdów… Pakuję się na kierowcę wraz z Ghostem jako nawigatorem. Mija jeszcze kilka chwil nim ruszamy, które mogę poświęcić na rozejrzeniu po całkiem sensownie wyposażonej bazie wojskowej sił amerykańskich w Balocie a następnie wciskam gaz do dechy prując do Komarova. W okolicy Pawłowa, poza wrakami będącymi pamiątkami po ostatniej bitwie natykamy się na stojące T72 i dopiero po chwili orientuję się, że to pojazd WOC – inaczej już bylibyśmy martwi. Dalej mijamy Abramsa drużyny „Zielonej”, który chyba rozstawił się na pozycji obserwacyjnej nad miastem. Do lasu nie czekały nas żadne niespodzianki i zabezpieczając perymetr mogliśmy zamaskować pojazdy [a na pewno jeden z nich]. Formujemy linię na kierunek wzgórza i trzymamy pozycję posyłając dwójkę ludzi na zwiad. Nie trzeba było długo czekać nim odezwał się Kałach partyzanta a chwilę potem jego towarzysze zasypując nas kulami waląc przez krzaki i drzewa. Widoczność w lesie była beznadziejna i nie szło nic ustrzelić. Przeklinając ich przeklętą celność, nasz przeklęty sprzęt, przeklęte wsparcie w postaci trzech cholernych BTR-90 wedle jakiegoś meldunku przekazanego na radiu [tja, graliśmy na ACRE] próbował wespół z kumplami z oddziału się odgryźć. Niestety, tego dnia los nie stał po stronie dzielnych synów amerykańskiej ziemi, którzy krwią zapłacili potyczką przy Zielonej Górze. Po stratach oraz chaosie organizacyjnym wycofali się czym prędzej Hummve za pozwoleniem dowództwa do bazy a mnie zostało tylko bezładnie obserwować sytuację gasnącym wzrokiem i odpływającym umysłem nim nastąpiła wieczna ciemność…
  • Operation Spaziergang – noc, najlepsza pora dla wszelkich operacji specjalnych, miała być ostatnią dla gen. Aziza, który pojawił się na celowniku komandosów z KSK, którzy rozstawieni na południe od Zagrabadu mieli przenieść gnidę na tamten świat. Podzieleni na trzy sekcje – Alfa, Bravo oraz zwiadowcza Charlie, pod dowodzeniem Jona mieliśmy być siłą sprawczą przymusowej śmierci generała. Wedle planu najpierw ruszyliśmy na spotkanie z lokalnym kontaktem, który miał zapewnić dodatkowe wyposażenie oraz transport. Z racji innych pojazdów poruszających się w okolicy tylko jedna drużyna ruszyła na stację podczas gdy reszta osłaniała na wszelkie wypadek będąc gotowymi do zmasakrowania przeciwnika ogniem. Po kilku minutach kontakt został nawiązany a umówiony ekwipunek przekazany. Reszta oddziału szybko dobija do zabudowań i pokrywa perymetr na wypadek gdyby ktoś zamierzał wpaść z wizytą a pechowo miałby jeszcze Kałacha w łapie. Gdy już nastąpiło przezbrojenie kolumna pojazdów prowadzona przez Wołgę ruszyła drogą na północ nie napotykając po drodze blokad i spokojnie chowając sprzęt bez alarmowania wroga w pobliskich krzakach. Poruszamy się dalej, przez chwilę na otwartej przestrzeni, już z daleka widząc zarys willi naszego celu oraz pobliskie zabudowania… Nasza sekcja ogniowa pod dowództwem Jagera szybko je sprawdziła nie stwierdzając kontaktów wroga. Co innego Charlie, które niedługo potem pierwsze dostało się pod ogień przeciwnika a tym samym zaistniała sytuacja całkowicie uwaliła element zaskoczenia. Nie wiem już dokładnie co się stało, ale liczą się efekty tego, że huk wystrzałów rozerwał powietrze alarmując każdego brudasa w rejonie, że coś bardzo nie gra. Alfa i Charlie cofają się do trzymanych przez nas zabudowań gdy my zrywamy kontakt i biegniemy do wyschniętego koryta rzeki a potem na północ łapiąc pozycję na wysokości willi. Sekcja Jona nadal jest pod ostrzałem jednak z wtedy zajmowanej pozycji nie szło mu jak pomóc… ukształtowanie terenu zasłaniało widok na sytuację. W końcu pada rozkaz przebicia się do środka. Całą sekcją biegniemy do drzewek a potem do siatki tam osłaniając Jagera podkładającego ładunek. Szybko się cofamy, gdzieś słychać nadjeżdżający pojazd opancerzony, wybuch ładunku rozświetla na chwilę noc i już ruszamy sprintem dalej… gdy nagle tracery przecinają powietrze tuż obok nas a Maverick, ranny, upada gdy z Jagerem zapierdzielamy ile sił w nogach zastanawiając czy jakaś kula z tego kalibru nie rozerwie mi głowy. Dobiliśmy do siatki, nieregularny oddech, ręce się trzęsą, gdzieś tutaj jest wróg, ale ja, cholera, nic nie widzę! Już jesteśmy przy kamieniu kiedy z pod ściany widać błysk wystrzeliwanego pocisku. Pada Jager, już palec ląduje na spuście aby odgryźć się seriami gdy kolejna kula powala i mnie sprowadzając wieczną ciemność…
  • Light in the Dark – z powrotem w mrokach piasków oraz chłodu takistańskiej pustynii. Tym razem albo znów – zależy jak spojrzeć – w roli komandosa sił specjalnych od chłopców z Delta Force mając za zadanie wysadzić w powietrze równo 50 tysięcy litrów benzyny co będzie ogromnym ciosem dla logistyki wrogiej armii. Nalot F-35 nie wchodzi w grę z racji silnej obrony przeciwlotniczej dlatego też zdecydowano się na zrzucenie elitarnej jednostki prosto w serce wroga zdecydowanie sądząc, że sobie poradzą. Pieczę nad oddziałem i operacją objął Jon [listy uczestników niestety nie spamiętam]. Po kilku minutach organizacji oraz upewnieniu się, że nikt nie zechce wpaść na naszą pozycję ruszamy przez góry Takistanu rozpoczynając prawie półtoragodzinny marsz jeśli nie lepiej, który wykazał jak należy przemykać między jednostkami wroga nie wzbudzając alarmu oraz zachowując tak potrzebny dla operacji specjalnych element zaskoczenia. Inny to fakt, że przeciwnik sam nie rozstawił za dużo patroli w bezpośredniej okolicy rafinerii tym samym znacznie ułatwiając nam zajęcie dogodnej pozycji do szturmu. O ile strudzony żołnierz może zapomnieć mozolne przemierzanie kolejnych kilometrów z bolącym wzrokiem od noktowizji i zbolałymi plecami od targania sprzętu tak akcję jaka nastąpiła po miękkim spuście jednego z naszych [SI, które zostało po jednym z naszych a którego komendami nie zdołaliśmy uciszyć ;P]. Pandemonium – tak jednym słowem można to opisać. Mieliśmy wgląd na to co posiada wróg i może nawet lepiej się stało, że ktoś dał sygnał do wiwatu. Kanonada ognia zmasakrowała przechodzący blisko patrol wroga, piguła od pancerniaka Algraba dorwała BTR-60 bezpośrednio w fabryce a my, skacząc od kamienia do kamienia, pod osłoną granatów dymnych i z ostrzałem kolejnego BTRa z prawej – który też został niedługo zdjęty – biegliśmy do przodu czekając tylko aż złapiemy zabudowania. Ciężko dysząc przechodzą przez dziurę w płocie i jako pierwszy chwytam róg oglądając się na kumpli z oddziału czy i oni dotarli bezpiecznie na miejsce. Jest dobrze, chyba wszyscy z nas się odliczyli. Panuje nerwowość, ale udaje się ją opanować w czasie minowania silosów oraz dorzynania resztek żołnierzy wroga rozrzuconych po kompleksie. Przez moment było zdecydowanie za gorąco gdy został ranny dowódca, ale szybka reakcja medyka [którego to pełniłem rolę] załatwiła sprawę. Będąc gdzieś przy czwartym silosie widzimy nadjeżdżający UAZ z bronią pokładową. Będąc prawie, że ściśniętymi wiedzieliśmy jakie skutki będzie miała choćby jedna salwa z granatnika. Błyskawicznie odzywa się kilka M16 [bądź M4… nie pamiętam] i cel zostaje wyjęty. Minowanie zostało zakończone i czym prędzej nasza sekcja rozpoczęła ewakuację od rafinerii po drodze zbierając przeciwpancernych. Gdy zajęliśmy odpowiednie miejsca padło jeszcze pytanie czy ta chwila jest nagrywana dla potomnych a po twierdzącej odpowiedzi potężne eksplozje rozświetliły noc lepiej niż fajerwerki 4 lipca obwieszczając sukces operacji. Potem została nam ewakuacja przy omijaniu niepotrzebnej walki z wartami przy innych platformach wiertniczych, gadki w czasie drogi do granicy oraz samo jej przejście, które pozwoliło stwierdzić… świetna robota ^^
  • Into Hell – centralny Takistan. Z bazy US Army w Feruz Abad ma zostać wysłany oddział ratunkowy dla żołnierzy, którzy wpadli w zasadzkę w mieście Bastam. Wedle wywiadu ich Stryker został zniszczony a sami zabarykadowali się na terenie meczetu a teraz otoczeni przez wroga czekają na pomoc. Dlatego też nasz oddział pod dowództwem Jona [czy kogoś to dziwi? ;P] błyskawicznie się zorganizował i ruszył kolumną Strykerów w kierunku celu. Po drodze jednak czekała nas wioska Falar, która sprawiała wrażenie podejrzanej i z racji bliskiej odległości z celem mogła być zajęta przez przeciwnika. Przeczucia nas nie zawiodły. Będąc kierowcą Strykera [oraz medykiem] nie mogłem bezpośrednio obserwować akcji czyszczenia wioski sektor po sektorze, ale główna część zabawy zaczęła się na rynku. Gdy już ludzie z RPG zostali wyjęci przy wylocie z wioski, nie namyślając się za długo, na pełnym gazie wbiłem obok miejsca gdzie teoretycznie powinny być nasze kontakty. Czy strzelec coś ubił nie wiem, bo chwilę potem cofnęliśmy się aby kryć teren bardziej na północ od wiochy. Piechota poradziła już sobie sama. Nim ruszyliśmy dalej musiałem tylko poszyć dwóch ludzi, ale na szczęście… nikogo grzebać. Chwilę potem byliśmy już w pobliży Bastam. Część ludzi sprawdzała zabudowania najbardziej w południowej części wioski, Jons z kimś udał się na wzgórze aby skanować teren w poszukiwaniu kontaktów a gdy wszystko było gotowe pozostało zapiąć pasy, wcisnąć gaz do dechy i liczyć na to, że jakiś RPG nas nie zdejmie. I nie zdjął. Wyhamowałem na wysokości zabudowań po czym wszyscy wywalili się na zewnątrz i zabezpieczyli najbliższe zabudowania. Maćko położył się koło skrzyżowania prując zaporowym do wroga na głównej ulicy kiedy reszta powoli i ostrożnie posuwała się do przodu. Wraz z 4tell’em i kimś jeszcze przeskakujemy na drugą stronę. Czyścimy dalej. Najpierw jeden budynek, potem drugi, ostrzał na dachu, nasza kontra – sytuacja opanowana. Przynajmniej na jakąś drobną chwilę. Budynki, które wykazywały sporą aktywność partyzantów wcześniej dostały kilka granatów na dokładkę więc była mała szansa, że coś tam przeżyło. Upewnić się jednak nigdy nie szkodzi. Wreszcie, po jakimś czasie, wioska zostaje zabezpieczona a nam wydawało się, że zostaje nam czekać na konwój… Nic z tych rzeczy. Cholerny IED pokrzyżował nasze plany odpoczynku. Czym prędzej drużyna zbiera się do Strykera a następnie grzeje ile fabryka dała do celu. Jesteśmy, wysiadka, znów zabezpieczane perymetru, widać wraki naszych pojazdów… Ale rzeź. Nic prawie z nich nie zostało. Jeszcze gdy upewniamy się, że nie ma kontaktów w wiosce sprawdzam czy aby na pewno nie żyją jednak w takiej sytuacji nie ma złudzeń. Zwykła adrenalina nie pomoże. Po chwili namysłu HQ każe rozstawić perymetr obronny oraz czekać na konwój pancerny z bazy, który ma przyjechać za kilka godzin… Ponownie zbiórka przy rynku. Najpierw przestawienie Strykera bardziej na środek dla lepszego pola ostrzału, ustawienie punktu medycznego w jednym z budynków [z którego nie wyściubiałem nosa] oraz oczekiwanie na coś czego się spodziewaliśmy… przybycia całego oddziału partyzantów. Bodajże słychać komendę od strzelca Strykera „WRÓG!” a chwilę potem lufa KMu rozgrzewa się do czerwoności zasypując przeciwnika gradem strzał. Wobec takiej przewagi ogniowej przeciwnik nie miał wyboru jak tylko ustąpić a nam dobić ew. maruderów. Nareszcie piekło, do którego się wybraliśmy na ratunek swoim się skończyło. Pokazaliśmy cholernym arabom kto tutaj rządzi.
  • UN Operations Redzone – jakiś czas po inwazji NATO na Takistan, operacja stabilizacyjna w rejonie trwa. Obecna operacja przyznana siłom ONZ skupia się na wschodniej części kraju gdzie talibowie stworzyli swoje przyczółki a nam, jako oddziałowi peacekepperów, przyszło wymieść przeciwnika w okolicy północnej części czerwonej strefy. Mając wsparcie dwóch BMP2 misja okazała się niezbyt wymagająca choć bez strat się nie obyło. Lot Mi8 przebiegł bezproblemowo i nam po kilku chwilach przyszło ruszać ku celowi w tej jakby szarawej, pustynnej atmosferze, która kolorystycznie ciekawie wpasowywała się w niebieskie hełmy żołnierzy ONZ. Płonący wrak na drodze, niczym zła wróżba, sygnalizował koniec podróży i początek wycieczki na piechotę. Grzeję, możliwe, że z Cześkiem do przodu chwytając pierwsze zabudowania gdy już odzywają się karabiny maszynowe naszych BMP oraz nieudolna próba kontry partyzantów. Trzymam narożnik aż wszyscy zbiorą się do dalszego przeskakiwania. Przez moment było nieciekawie, bo jeden granat wymiótł by spokojnie z sześciu ludzi jednak taka sytuacja nie nastąpiła. Na lewo przeskakuje kilku gości w tym i ja… powoli posuwamy się do przodu zgarniając resztki nie rozwalone przez pojazdy opancerzone. Wychylam się zza muru. Nic. Zaraz jest budynek… przestrzał na prawą stronę a na co nie zwróciłem uwagi… już chcę wbiegać do środka gdy słyszę długą serię z Kałasznikowa a przed oczami na chwilę robi się czerwono, żeby to ustąpiło ciemności [AI, które mnie zabiło było na muszce naszego BMP…].
  • Screen Pass – zachodni Takistan, Skukurkalay, oddział Alfa, którego objęliśmy rolę miał za zadanie powstrzymać natarcie przeciwnika na wioskę, następnie wykonać kontrnatarcie na Khushab i również je utrzymać. Zaczynamy ustawieni na północnej rubieży miasta będąc jedyną przeszkodą między wiochą a partyzantami. Nasz dowódca, Jager, wyznacza każdemu miejsce do rozłożenia po czym czekamy aż nadejdzie wróg. Pierwszy grzeje UAZ z zamontowanym KM – najpewniej jako zwiad dla oszacowania sił wroga. Nie daliśmy mu jednak tej szansy, bo został zmasakrowany ogniem z naszych karabinów maszynowych. Niedługo potem nadjechała jednak główna część sił uderzeniowych czyli około dwa pełnej oddziały piechoty z wsparciem dwóch czołgów… bodajże T-55. Robi się gorąco, puszczam serie do drzew nie wiedząc, że między nimi przemieszcza się puszka, chwilę potem gdy już pojazdy zbliżają się na odpowiednią odległość widzę jak kule ryją ziemię w mojej okolicy wpychając prawie, że pył w moje oczy, ale jednak udaje się nam ich rozwalić. Nie przytoczę tego dokładnie jak się stało, bo trzymałem róg na zewnątrz zabudowań, ale nasi rurowi spisali się na medal… z czego jeden walnięciem z piguły przypłacił życiem [Algrab bodajże]. Tutaj jeszcze przypomina mi się pewien dowcip o tym dlaczego na wojnie strzelają zapodany w kontekście już przedstawionym gdzie indziej, ale wierzę, że Jon też miał gorąco jak nad głową fruwały mu serie z karabinu maszynowego. Potem został tylko zwiad na może z 100m przeprowadzony przeze mnie i Ragnara na stwierdzenie niedobitków wroga. Trupów od cholery, ale żadnego żyjącego… Wszystko co chodziło zostało wybite. Z rozkazu dowódcy cofnęliśmy się z powrotem a operacja została uznana za pomyślną. Na jej dalszą część czekaliśmy do momentu przybycia uzupełnień [:=)]
  • Chaman Rush – ponownie zachodni Takistan i cholerni partyzanci, którym nigdy się nie nudzi. Tym razem postanowili zając miasto Chaman a naszemu oddziałowi w liczbie bodajże sześciu chłopa przyszło je odbijać metodycznie czyszcząc sektor za sektorem. Objąwszy rolę strzelca wyborowego z Mk17 w łapie nie miałem za dużo okazji do postrzelania z racji sporej ilości roślinności w rejonie, ale gdy już trafiła się okazja spluwa okazywała się mieć niesamowitego cela co np. pomogło przetrzebić wrogi patrol przy punkcie Charlie. Mieliśmy standardową śpiewkę… ktoś do przodu i łapie pozycję, reszta dołącza, ktoś osłania, czyszczenie zabudowań. Nic specjalnego. Udało się nam przez sporo czasu uniknąć strat, ale w końcu Jager miał pecha wpakować się pod lufę partyzanta i nie dało się go uratować na czas. Z użyciem pojazdu trochę się wycofaliśmy i z pomocą jego siły ognia przebiliśmy sobie drogą na lewej flance. Tam, na wzgórzu, karabinem snajperskim jednym strzałem dobiłem obrońcę sektora Delta a tym samym misja została zakończona.

ALL HAIL TO ME :D
Offline
Avatar użytkownika

Black Shadow

Major

Major

  • Posty: 590
  • Dołączył(a): N 11 gru, 2005 18:04
  • Lokalizacja: World of Darkness

PostN 24 paź, 2010 18:58

DZIENNIK BOJOWY #4 [AFGANISTAN JAZZ EDITION]

AAR | A.C.E 2 | 23 X 2010 [ACPL]

ObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazekObrazek
ObrazekObrazekObrazek
  • Pył – zapomniane, ciche, puste wzgórza Takistanu… Spokojny wiatr niosący pustynne powietrze odbijał się od namiotów rozstawionych przez ziomków z plemienia. Objąwszy rolę medyka w naszej partyzanckiej grupie, wszak szkoliłem się jako konował wśród wioskowej starszyzny, musiałem pilnować, żeby nikt z kumpli, których znam od dawna nie przeniósł się do Allacha podczas naszej niebezpiecznej misji. Rojaliści, już od dawna kąsający tyranów w Zagrabadzie, tym razem wzięli na cel konwój wojskowy przemieszczający się z lotniska w Rasman do bazy Feruz Abad. Jeśli by nam się udało byłbym to kolejny sukces podtrzymujący wolę walki naszych braci… Dlatego też znajdowaliśmy się właśnie w tym miejscu, na wschód od Falar, wysłuchując szczegółowego planu przygotowanego przez dowódcę Jagera. Gdy już zakodowaliśmy potrzebne informacje przyszedł czas wymarszu. Część z nas musiała jeszcze zostać aby wymienić bądź uzupełnić uzbrojenie zbierane długo przez innych rojalistów a inni ruszyli na zachód pełniąc rolę wczesnego rozpoznania. Najszybciej jak mogłem, zważywszy na spory ruch przy skrzynkach innych ludzi, chwyciłem poczciwego Kałacha zamiast mocno podstarzałego Lee Enfielda i upewniwszy się, że starczy medykamentów ruszyłem biegiem pod górkę dobijając po chwili na wzniesienie. Widać już było drogę od miasta oraz opancerzonego celu, którym – jeśli mnie pamięć nie myli – okazał się BRDM. Wszyscy przyglebiają czekając na rozwój wypadków. Jeszcze przez moment panuje cisza nim strzelec takistańskiej bojówki zorientował się, że coś chodzi mu na celowniku i puścił serię. Szlag trafił ciche podejście! Już wiemy, że najprawdopodobniej czeka na nas komitet powitalny w Falar. Odzywają się nasze AK-74 i jakiś PKM próbując trafić cholernego strzelca. Sekundy potem ktoś melduje, że chyba dostał. Podnosimy się i zbiegamy ze wzgórza dalej na zachód a ja przy okazji wreszcie znajduję dowódcę, którego potem nie odstępuję na krok. Wcześniej jeszcze BRDM przeciwnika padł ofiarą naszego niezawodnego rurowego, ale szybko okazało się, że to początek kłopotów. Nie mam pewności co działo się z innymi sekcjami, ale na wzniesieniach po obu stronach drogi spust drgał często wobec niemożności natychmiastowego rozeznania przez mundur czy to jest swój czy nie. Mimo tego nie wahaliśmy się w dalszym szturmie i wkrótce sekcja dowodzenia [ja, Jager, Algrab i… możliwe, że jeszcze ktoś] łapie krzaki mając widok na wioskę. Czekamy – po drodze pruję zaporowym do dwóch piechociarzy na lewej - i rozglądamy się nerwowo na wzgórza skąd mogły by niespodziewanie wyskoczyć brudasy… Niedługo potem dołącza do nas sekcja Jona i rozpoczynamy czyszczenie zabudowań. W międzyczasie pozostali wykonują powierzone im zadania unikając strat i po tej kilkunasto minutowej potyczce ogniowej mogliśmy stwierdzić, że wioska jest nasza. Ludzie rozstawili się na pozycji, ładunki zostały rozłożone, transport do ucieczki naszykowany i znalazł się czas aby naszykować blokadę. Jakiś czas potem dociera do nas, że od początku operacji nie odzywał się do nas Sęp, który miał mieć stały podgląd na konwój. Bez niego nie wiedzieliśmy kiedy i czy w ogóle miał do nas przybyć. Nie będąc pewnymi dalszego rozwoju sytuacji z racji tego, że nagle moglibyśmy spotkać się z kolumnami pancernymi armii Takistanu z północy i południa pada rozkaz wyjścia z wioski. Ludzie zbierają ładunki i rozpoczynamy kolejny marsz przez wzgórza, tym razem kierując się na kopalnię koltanu umiejscowioną na północ od Feruz Abad. Oddział dzieli się na dwie sekcje szturmowe plus jedna dowodzenia, która z góry miała mieć ogląd na atak. Nie pamiętam już co się stało, ale nagle padł strzał, potem kolejny i walka rozgorzała na nowo. Wyczołguję się zza kamienia puszczając kilka serii w kompleks gdy nagle odzywa się karabin maszynowy BMP2 stojący na placu… Nim błyskawicznie wykrwawiam się na śmierć słyszę jeszcze echo komunikatu radiowego… przepuściliśmy konwój. Niech to diabli…
  • Przełęcz – rok 1981, baza lotnicza w Afganistanie… to nie był dobry rok. Nie był dobry od kiedy te imperialistyczne świnie zaczęły sprzedawać talibom Stingery w ilościach hurtowych co spowodowało, że drapieżne ptaki Mateczki Rosji często spadały z hukiem na ziemię. Podejście pierwsze - Objąwszy rolę lotnika, wraz z Maćko i 4tell’em, obawialiśmy się o to czy i dla nas czekająca misja tak się nie skończy. Z wprowadzenia towarzysza dowódcy Jagera wynikało, że czeka nas ciężka przeprawa. Sprzętu nam nie brakowało – dwa Mi17 w tym jeden z wariantem rakiet FFAR, dwa Mi24 Hind oraz jeden Su-25, który jednak z racji awarii technicznej nie nadawał się walki powietrze-ziemia. Obsługa naziemna zapomniała uzupełnić w nim amunicję… Pada rozkaz – pakować się do maszyn i grzać silniki. Bierzemy Hindy. Ja lecę sam mając na pace sekcję Borys [bodajże Jona], Maćko z 4tell’em prowadzą z racji posiadania działka i możliwości wcześniejszego – niż ja bez strzelca – wykrycia wroga. Lecimy w miarę szybko i nisko [wiem, pojęcie względne… ale te 30m starałem się zachować ;P] najpierw sunąc na zachód a potem skręcając na północ. Przed nami szykują się już linie wzgórz oraz za nimi, bardziej w dolinie, pozycja sił sojuszniczych. Słyszę komunikat Maćka o zbliżaniu się do LZ, maszyna przelatuje nad pasmem i nagle widzę jak dostają się pod ogień partyzantki rozstawionej na wzgórzach… Chyba tylko dzięki niesamowitym szczęściu oraz umiejętnościom helikopter nie eksploduje przy zderzeniu z ziemią [Maćko poświęcił się biorąc siłę uderzenia na dziób… czy jakoś tak] co ocala życie sekcji dowodzenia Anton. W tym samym czasie wstrzymałem maszynę wisząc kilka metrów nad ziemią, jak sądziłem, bezpiecznie skryty przed przeciwnikiem. Pytam się co ma robić Orzeł 2. W odpowiedzi słyszę aby się wycofać. Robię zwrot na południe i zwiększam ciąg, ale też – i to nie było moim zamiarem – pułap co w kilka sekund wykorzystały pieprzone pastuchy wsadzając mi rakietę w tyłek. Nie usłyszałem nawet eksplozji, tylko czerwony HUD i gasnący wirnik uświadomił mi, ze to koniec… Nie wiem nawet czy zdołałem przekazać Antonowi, że zaraz będę trupem skupiając się na desperackiej próbie ratowania maszyny, która leciała za szybko i za nisko, żeby próbować czegokolwiek. Zabrakło ciągu do ponownego obrócenia helikoptera i zmniejszenia prędkości a ostatnie co pamiętam to zbliżające się drzewo… Miałem nadzieję, że chłopcy z Borysa zginęli równie szybko jak ja. Podejście drugie – Oddział piechoty pod dowództwem Jagera szykuje się do wyjazdu kolumną opancerzoną z bazy lotniczej w Afganistanie. Wkrótce, po zorganizowaniu się ruszają, a Orzeł 1 [Maćko i 4tell] dokonują zwiadu w Czak Czak z racji tego, że Su-25, którego zamierzał użyć Orzeł 2 [czyli ja] nie miał sprawności operacyjnej i mimo usilnych starań ten stan się nie zmienił. Po stwierdzeniu braku przeciwnika w wiosce ruszają w okolice punktu grupy majora Iwanowicza, podobnie zresztą jak siły naziemne, próbując dokonać zwiadu wzgórz przy okazji nie dając ustrzelić się ze Stingera. Niestety, dosięgła ich jednak z wyrzutni AA i ratowali się lądowaniem awaryjnym. Porzuciwszy niesprawną maszynę odskoczyli na południe podczas gdy Orzeł 2 wyleciał na akcję ratunkową. W ciągu kilku minut, dostrzegłszy jeszcze granaty dymne, piloci zostali ewakuowani z powrotem na lotnisko. Tam podzielili się na dwie maszyny [Mi24 i Mi17 z rakietami] i z rozkazu dowódcy ruszyli szykując nalot na pozycje wroga w okolicy jednego ze wzgórz. Przeczuwając iż jest to akcja samobójcza towarzysze życzyli sobie szczęścia i gdy dobili do punktu wyjścia na ostrzał nie zdejmowali kciuka ze spustu dopóki nie spadli. Mi17 wywalił kilkanaście rakiet i próbował się podnieść nim pocisk przebił kadłub mocno raniąc pilota, którego ostatni widok to szybko zbliżającego się skalna ściana… Pomimo straty wsparcia lotniczego towarzysze na ziemi bohatersko wyczyścili wzgórza z przeciwnika i zapewnili ochronę saperom. Potem przejazd kolumny pancernej i zdobycie wioski stało się formalnością. Misja została wykonana.
Offline
Avatar użytkownika

Jon

Generał

Generał

  • Posty: 10639
  • Dołączył(a): Wt 20 lip, 2004 00:43
  • Lokalizacja: Kraków

PostSo 26 mar, 2011 15:37

Przydział: Wydzielona grupa uderzeniowa z plutonu Charlie, kompania Rasman
Data: 25.03.2011
Dowódca oddziału: Jon

Przydzielony program\zadania:
- Uratować Czechów
- Zabezpieczyć miejsce zasadzki

Zrealizowany program\zadania:
- Zabezpieczyć miejsce zasadzki

AAR:
Patrol Czechów wpadł w zasadzkę w wiosce na wschód od Bastam. Sztab w Rasman odebrał wezwanie o pomoc ok. godziny 16.06.

Odprawa - 16.13
Wyjazd z bazy - 16.28

Plan dowódcy oddziału zakładał szybki ruch do Bastam, po czym drogą z Bastam prosto na pozycję Czechów. Grupa pierwsza miała poruszać się pagórkami na północ od drogi rozpoznając teren dla jadącej HMMWV grupy drugiej.

Pierwszy kontakt nastąpił około 16.40 ok. 300 metrów na wschód od Bastam.

Grupy natrafiły na lekki patrol zmotoryzowany wroga - paru talibów i samochód z zamontowanym karabinem maszynowym. 1ka związała wroga ogniem, 2ka zablokowała drogę HMMWV'kami i również rozpoczęła ostrzał. Patrol został wyeliminowany jednak zaalarmowani talibowie z wioski ruszyli tłumnie w naszą stronę. 2ka utrzymywała drogę podczas gdy 1ka wraz z grupą 0 ostrzeliwały wroga na flankach - wróg próbował przebić się przez sad po prawej stronie 2ki.

Po zażartej, prawie 30 minutowej wymianie ognia udało się wyeliminować większość wroga. Mimo osłon oraz ostrzału przez grupę 0 wrogi snajper oraz szturmująca piechota dały radę śmiertelnie ranić dwóch ludzi z 2ki. 2ka przegrupowała się z 0, oddział podciągnął konwój bliżej wioski i na stałe zablokował flanki. Grupa 1 w międzyczasie wybiła resztę widocznych kontaktów a do oddziału dołączyła resztka grupy 4ej z bazy Rasman.

Od tego momentu grupy 1 i 2 zajęły się osłoną podczas gdy nowo sformowana 4ka ruszyła pod przywództwem 0 w zabudowania. Rozpoczęto czyszczenie wioski.

Podczas wymiany ognia w zabudowaniach straciliśmy Ghosta - nic nie pomogło ściągnięcie ambulansu.

W zabudowaniach wyeliminowano 3 kontakty, przeczesano wszystkie budynki. Ludności cywilnej brak, strat w ludności cywilnej brak, brak umocnionych pozycji lub składów broni. W budynku przy skrzyżowaniu znaleźliśmy kilkoro martwych Czechów, którym najwyraźniej udało się uciec z ostrzelanego konwoju - ale śmierci już nie.

17.33 zakończono działania zaczepne, wioska została zabezpieczona. Oddział rozpoczął przegrupowanie, wystawił straż oraz rozpoczęła sprawdzanie ciał.

O 17.40 oddział zameldował głównodowodzącemu w TOC Rasman wykonanie zadania oraz całkowitą annihilację oddziału Czechów.

Straty własne:
- Gieroj (KIA)
- Czesiek (KIA)
- Ghost (KIA)

Straty wroga:
- Potwierdzono eliminację 35 celów pieszych
- 2 lekkie pojazdy (2 x terenówka)

Straty wśród cywili:
- Brak

Rany w boju:
- Jon (grupa 0; szrapnel w ramieniu)
- Donio (grupa 1; postrzał w kamizelkę)

Pochwały:
- Dowódcy drużyn
- Każdy z żołnierzy biorących udział w akcji

Wszyscy znakomicie wywiązywali się ze swoich obowiązków.

Nagany:
- brak
http://www.pajacyk.pl

“Politics is supposed to be the second oldest profession. I have come to realize that it bears a very close resemblance to the first.”
~ Ronald Reagan
Offline
Avatar użytkownika

Czesiek

Porucznik

Porucznik

  • Posty: 409
  • Dołączył(a): Pn 05 lut, 2007 16:24
  • Lokalizacja: wawa

PostŚr 12 paź, 2011 20:52

Z pamiętnika kaprala Cześka



Obrazek

Kolejni podróżni spragnieni wojennych opowieści? Chcecie usłyszeć historię o bohaterach, walczących z hordami przeciwników? O ludziach, którzy potrafią dokonywać cudów, o męstwie, odwadze i poświęceniu? Nie... nie tym razem, dziś opowiem wam o prawdziwych ludziach z krwi i kości, mających rodziny, dzieci i kochające żony.

Tak... było to 06.08.2011 na Isla Duala, wyspie oddalonej o 200km od wschodniego wybrzeża Afryki, targanej konfliktami klanowymi. Cały obszar był kontrolowany przez wojska ONZ, ale nie na tyle dobrze, żeby zapanował tam ład i spokój. Do tego przeklętego miejsca wysłano też paru Amerykanów z piechoty morskiej, aby wspierali sojuszników w działaniach.
To był upalny dzień kamizelka przylepiała się do pleców, broń paliła w ręce, a słońce wściekle oślepiało. Delegowano nas na patrol do stacji benzynowej, więc wyruszyliśmy z paroma chłopakami, żeby zabezpieczyć teren. Dowodził nami Jager, wysoki potężny facet o dźwięcznym głosie, utalentowany żołnierz i dowódca. Stacja wyglądała na opuszczoną, ale w zbiornikach nadal było czuć opary paliwa, zgodnie z rozkazem Kapitana Jagera objęliśmy perymetr i obserwowaliśmy okolicę. Nie minęło kilka chwil, gdy pojawił się podejrzany samochód, zatrzymał się, a po chwili wypadło z niego kilku ludzi. Szli w naszą stronę, GangFather młody chłopak z perspektywami, wydał im polecenie zatrzymania się, ale tego nie zrobili. W pewnym momencie jeden z tutejszych spod swoich szmat (co to za kraj gdzie ludzie chodzą w obrusach?) wyjął kałacha i otworzył ogień do nas. GangFather dzięki swojemu refleksowi zdołał się schować, a reszta oddziału w odpowiedzi nie szczędziła amunicji, po kilku sekundach było już po wszystkim. Parszywi chudzielce ostrzyli sobie zęby na paliwo, które można ukraść, ale tym razem im się nie udało.

Obrazek

Chwilę potem dostaliśmy komunikat o spotkaniu w punkcie ZULU, udaliśmy się tam niezwłocznie, trzeba przyznać Exe umie prowadzić pojazdy, gnaliśmy tak szybko, że aż ogień zionął spod kół i momentalnie byliśmy na miejscu.

Obrazek

Po krótkiej rozmowie oficerowie, przyszykowali swoje sekcje i udaliśmy się w kierunku miasta Engor, bo podobno chuderlaki zaatakowały konwój z żywnością dla tamtejsze ludności.

Obrazek

Będąc na miejscu zauważyliśmy ciężarówki, które utknęły w uliczkach do samego centrum miejscowości, a chwilę później przywitał nas ołów przelatujący to z lasu to z zabudowań. Jedno słowo dowódcy i już byliśmy na zewnątrz pojazdu oczyszczając kolejne domy i uliczki z właścicieli ostrej broni.

Obrazek

Musiała to być zakrojona akcja na większa skalę bo nasz trzepak latający nad miastem mielił mięso w okolicy lepiej niż niejeden robot kuchenny naszych gospodyń domowych. Nie wiem czy był to okaz odwagi czy desperacji, ale parli na nas próbując sparaliżować dostawę żywności, a może w planach mieli je przejąć. Trudno powiedzieć co mieli w głowach jedno jest pewne, że pozostał w nich ołów w ilości przekraczające jakiekolwiek normy.

Obrazek

Gdy już zabezpieczyliśmy żywność i ludność cywilną stało się to co każdy nazywa pechem żołnierza. Nasz trzepak został trafiony w śmigło boczne, na początku uznaliśmy, że spada, ale po chwili pilot opanował sytuację, a przynajmniej tak myśleliśmy. W pewnym momencie przeleciał z południa na wschód za miasto i usłyszeliśmy BUM. To nie było to co każdy chce usłyszeć, jedni woleliby posłuchać AC/DC inni Rolling Stones, a jeszcze inni Mandarynę, ale nie wybuch czegoś co do nas należało.

Obrazek

Kapitan Jager zebrał naszą sekcję i pojechaliśmy zabezpieczyć miejsce katastrofy. Niestety na miejscu nie było czego już czego zabezpieczać, helikopter spłoną doszczętnie, nic się nie uratowało, nawet nieśmiertelników nie znaleźliśmy.

http://www.youtube.com/watch?v=-hDx3PTP ... rofilepage

Szybko wróciliśmy do miasta, aby przeszukać ulice. Po paru minutach latania i osłaniania się nawzajem spotkaliśmy sojuszniczy oddział co oznaczało, że okolica jest zupełnie czysta.

Obrazek

Tym samym wróciliśmy na rynek, gdzie żywność była już rozdzielana, ale to jeszcze nie koniec dnia sielanka tak samo szybko skończyła jak zaczęła. Dostaliśmy komunikat, że punkt ZULU jest atakowany, psia kość! czy te chuderlaki nigdy się nie poddają! Zebraliśmy zabawki i pojechaliśmy na miejsce.

Obrazek

Sytuacja była ciężka, cały punkt ZULU był atakowany od dwóch stron, przy czym przeciwnikom udało się dostać do zabudowań. Jedna sekcja oczyszczała główna ulicę, a nasza miała za zadanie udać się na wschód do skałek, gdzie spotkano mało przyjaźnie nastawionych tubylców. Nim doszliśmy na wyznaczoną pozycję to przeciwnicy już wąchali kwiatki od dołu, ale jeszcze nie było bezpiecznie strzelano do nas z zabudowań.

Obrazek

Wróciliśmy się i korzystając z pomocy naszych kompanów oczyszczaliśmy podwórko za podwórkiem. Muszę przyznać, że przeciwnicy walczyć i strzelać nie umieli ale chować się i owszem. Długo nam zajęło znalezienie poukrywanych po kątach gości z AK-72 , ale się udało.

Obrazek

Nie staliśmy jednak długo bezczynnie, daleko z lasu na południu dobiegały odgłosy strzałów, pewnie ktoś, z ich dowództwa przypomniał sobie, że ma robotę do wykonania.
Nie było rady wybraliśmy się naszą sekcją w tamtym kierunku, gdy podeszliśmy na jakieś 200-300 metrów od lasu, nasz spec Kamil od przycinania celów wziął się do roboty.

Obrazek

Nie wiem gdzie chłopak się uczył strzelać z kaemu, ale widać, że on i karabin stanowili jedność a robota sprawia mu wielką frajdę, ciekawe co na to jego żona. Podobno koło naszych celów stał samochód, ale po skończonej akcji dowódca zameldował o braku kontaktów koło siatki! Także wycofaliśmy się z powrotem do zabudowań, gdzie wszystkie sekcje zebrały w jednym miejscu, sprawdziliśmy ekwipunek i mogliśmy odpalić cygaro zwycięstwa. Niestety po akcji dowódca plutonu musiał jeszcze skrobnąć liścik do rodziny naszych lotników, a my do naszych.

ObrazekObrazekObrazekObrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazek

ObrazekObrazek

(przypis autora - wiem, że na zdjęciach są niemieckie mundury jest to po prostu wynik błędnie zainstalowanych addonów)
Ostatnio edytowano Cz 13 paź, 2011 00:26 przez Czesiek, łącznie edytowano 1 raz
Wszystko słyszę i widzę, dlatego jestem głuchy i ślepy -.-
For Polisz Komiunity - realism is meter

http://www.facebook.com/pages/ACPL-Coop ... 2770904711

Powrót do Dyskusje

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość