Barbarian napisał(a):W ogóle jakby Niemcy zamiast bawić sie w projekt tygrys królewskiego zainwestowali by te środki (które przeznaczyli na badania nad "super" czołgami) w hetzera z działem bezodrzutowym (ten model nosił nazwe star) to panzerwaffe (i cały wermacht) by lepiej na tym wyszło.
Chyba Starr - sztywny. Nie było to działo bezodrzutowe, tylko działo zamontowane do kadłuba bez pośrednictwa oporopowrotnika. Fakt, że KT był może i cokolwiek chybiony, przynajmniej w swym wykonaniu, ale gremialne zastępowanie go niszczycielami czołgów, o w sumie nie najwyższych parametrach - jawi mi się nie do końca celowe.
Barbarian napisał(a):Do tego dochodzi jeszcze biurokracja która często opóżniała wejście do produkcji niektórych modeli (np. me262 został odany do produkcji o niemal pół roku ponieważ nie było opracowanej wersji bombowej i niszczyciela czołgów).
O, tu całkowita zgoda. Dyskutowałem o tem kiedyś z kolegą i doszliśmy do całkowitej zgodności, że czynniki decyzyjne w zakresie uzbrojenia działały często w sposób całkowicie irracjonalny, kierując się często względami prestiżowo-psychologiczno-propagandowymi, a nie użytkowymi.
Ale jaka to wersja Me 262 była niszczycielem czołgów?!
Barbarian napisał(a):A gdyby Niemcy nie "marnowali" siły i środki na program pocisków rakietowych, to jeszcze odcisk ludzkiej stopy by się nie znalazł na księżycu

.
Powiem tak - Niemcom, w porównaniu do innych nacji uczestniczących w wojnie, udało się w zakresie broni rakietowych i kierowanych w zasadzie jedno - skonstruowanie sprawnie działających silników rakietowych na ciekły materiał pędny, czy to gorących - dzięki zastosowaniu chłodzenia regeneratywnego, czy zimnych - dzięki opracowaniu stabilizacji nadtlenku wodoru, i co za tym idzie - jako takim opanowaniu konstruowania dużych rakiet kierowanych. Problem tylko w tym, że cały wysiłek włożono w bojowe zastosowanie bezużytecznej w praktyce V-2, której wpływ na losy wojny był zerowy. Proszę bardzo, można było ją opracować jako studium rakiety, ale pakowanie w V-2 całego potencjału naukowo-produkcyjnego i tłuczenie jej po 400 sztuk miesięcznie, kosztem odcięcia innych programów rakietowych od krytycznych surowców (że o graficie nie wspomnę, bo ciekły tlen - którego CAłA produkcja konsumowana była przez V-2 - nie jawi się niespecjalnie wart zainteresowania) i zasobów ludzkich, zdecydowanie zaważyło na losie wojny. Rakiety przeciwlotnicze - że przy tym temacie zostanę - były potrzebne III Rzeszy jak chleb - a ich opracowywanie to w zasadzie litania ciągłych braków w ludziach i materiałach - bo wszystko szło dla V-2.
Natomiast poza tym aspektem - nazwijmy to mechanicznym (nota bene rakiety te opracowywano naprawdę na oślep, błądząc jako dzieci we mgle - co ładnie widać np. we wspomnieniach Dornbergera) - pozostałe gałęzie techniki rakietowej - np. systemy kierowania i naprowadzania - leżały w III Rzeszy i kwiczały w sposób wprost żenujący. Do końca wojny nie zdołano opracować do stopnia przydatności operacyjnej ani jakiegokolwiek systemu samonaprowadzania (a bodaj tylko jeden (!) w ogóle testowano na pociskach - pasywny Radieschen), ani jakiegokolwiek systemu naprowadzania innego niż ręcznego komendowego metodą trzech punktów (wysławiany pod niebiosa telewizyjny Tonne-Seedorf może być uznany za co najwyżej średnie stadium doświadczalne - w porównaniu do USA na przykład, gdzie od pocisków naprowadzanych TV aż się roiło - do ich masowego użycia bojowego włącznie!).
I naprawdę nie gloryfikujmy tych Niemców tak za bardzo - mieli niewątoliwe sukcesa, choć orłami bynajmniej nie byli - a na pewno nie do tego stopnia, aby nikt inny po dzień dzisiejszy nie zdołał się z tym uporać (pomijam już kwestię, czy von Braun był rzeczywiście geniuszem, czy może mistrzem autoreklamy i sprawnego wspinania się po plecach innych).
Pzdr
Grzesiu